Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Styczeń 2018
P W Ś C P S N
« gru    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Pistolet.

Czołowy polski wengero-fergusonista pisze u siebie (nie linkuję, jak kto chce, to znajdzie) o problemach gwiazd światowego futbolu z motywacją do występów w barwach narodowych. Pada w argumentacji m.in. nazwisko Dymitara Berbatowa. Otóż wg mnie Berbatow powinien być na swój sposób wzorem dla paru dżentelmenów występujących w naszej kadrze.

Bo, widzicie, czasy dzisiaj takie, że nie trzeba okazywać przesadnego przywiązania do wartości narodowych. Można śmiało się przyznać, że – w polskim przypadku – Mazurka, biało-czerwoną, „orzełka” i inne tego typu fantazmaty w dupie się posiada, a nikt (no, prawie) kołków na łbie ciosał człowiekowi nie będzie. Co więcej, mamy kryzys, a piłkarska kariera krótka, parę lat zaledwie, toteż nachapać się trza zawczasu po uszy. Zupełnie to przecież zrozumiałe, nieprawdaż? Podobnie, jak to, że w futbolu nachapuje się człowiek w klubie, nie w reprezentacji.

I taki wspomniany wyżej Berbatow stwierdził, że grać w kadrze nie będzie. Nie i już. Nie przyjeżdża na zgrupowanie, nie pieprzy jakichś piętrowych łgarstw o tym, jak to mu niby baaardzuchno zależy. Uczciwe? Uczciwe. A że jakieś takie, no, niepatriotyczne? Cóż…

Panie Lewandowski i spółko! Kiedyś, dawno temu, wyjściem dla was byłby jedynie przyłożony własną ręką do skroni pistolet. Dziś, na wasze szczęście, nikt was tutaj pod pistoletem nie trzyma.

Dwie wieści ze Warszawy.

• Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina.

Traf chciał, iż 3go maja br. bawiłem przez chwilę – ciut rodzinnie, ciut zawodowo – w naszej nadobnej stolicy. Przechodząc dość sprężystym krokiem nieopodal Pałacu Prezydenckiego natknąłem się na szkolną wycieczkę młodzieży wczesnonastoletniej i kątem ucha złowiłem wypowiedź jej przewodnika, zażywnego jegomościa w okolicach pięćdziesiątki. Uwaga, dokładny cytat: a tu, drogie dzieci, mieszka nasz prezydent Komunoruski, który włazi w dupę Putinowi, jest gruby (autorowi cytatu też na tuszy nie zbywało – przyp. a-c10) i obleśny, a jego żona to tłusta sucz. Całe miał chłop szczęście, że mi się spieszyło, bo niechybnie bym się zatrzymał i pociągnął mu z barana. Nie dlatego, iżbym obecną głowę naszego państwa, ogółem parę prezydencką, czy też partię, która tę głowę na szyi usadziła darzył jakąś ponadprzeciętną atencją. Stali bywalcy wiedzą: PO, czy PiS? Jeden zwis. Chodzi o coś zupełnie innego.

Otóż całkiem niedługo w wiek wczesnonastoletni wejdzie moje starsze dziecię (Jezzuuu, jaki ja jestem stary…!!!). I też będzie jeździć na szkolne wycieczki po Warszawach i innych takich. I bardzo, ale to bardzo bym nie chciał, aby jakiś zjeb raczył ją swemi glębokiemi przemyśleniami (buahaha) na temat „Komunoruskiego”. Dokładnie tak samo nie życzyłbym sobie, aby jakiś inny zjeb opowiadał jej o „prezydencie Kurwaczyńskim, który ssał pałę Jankesom, był mały i miał żonę brzydką jak noc listopadowa”.

Akcji promujących pozytywny patriotyzm trochę już u nas było. Od porażającej swą obciachowością tefaupowskiej „Kochamciępolski”, po obśmiewane ostatnio przez Airborella „Orzeł Może”. Wszystkie jak do tej pory pełzły na niczym. Ale czy mogło być inaczej, gdy jakiś pieprzony knur nie tylko nie potrafi uszanować podstawowych reguł demokracji, ale jeszcze zaraża swoimi wyziewami dzieciarnię?

• Żal, żal za Ljuboją.

Na zakumplowanym z No Właśnie! portalu Czarna Elka sympatyczny redaktor Garm wypisuje powody, dla których tęsknił będzie za wyrzuconym niedawno (rzekomo za pijaństwo) z Legii Danijelu Ljuboi. Ja tam kibicem Legii nie jestem i Bogiem, a prawdą, wpływ utalentowanego Serba na stołeczny zespół, jego podane w liczbach osiągi i inne takie interesują mnie w stopniu wysoce umiarkowanym. Niemniej jednak łezkę po Danijelu uroniłem.

Przede wszystkim dlatego, że był to pierwszy piłkarz, którego miałem okazję śledzić jako autentyczną gwiazdę silnych rozgrywek zagranicznych (Ligue 1, Bundesliga), a który później trafił na polskie boiska. Dlatego także, że – niech mi wielbiciele Wilimowskich, Pohli i innych Deynów wybaczą – świadomymi oczyma nigdy na tych polskich boiskach nie widziałem takiego Talentu. Polską piłkę kocham miłością gorącą i kompletnie bezwarunkową. Mimo to, od czasu do czasu łapię się na myślach, że „kurde no, gdybym tylko był o te trzydzieści kilo młodszy, miał zdrowe kolana i więcej determinacji, to i do Ekstraklasy jakoś bym doczłapał”. W przypadku Serba nie ma o niczym takim mowy. Dlatego wreszcie, że Danijel Ljuboja przypomina mi – choć pozycja niby deko inna – jednego z moich najulubieńszych piłkarzy na przestrzeni dziejów, Alieksandra Mostowoja. Elegancja, gracja, inteligencja, och, ach, cud, miód, calvados.

A że się chłopak nie do końca w Legii sprawdził? Cóż, nierzadko trudno mi było opędzić wrażenie, że wyglądał tam jak wybitny (nawet, jeśli nieco podstarzały) gitarzysta, któremu kazano grać na zdezelowanym defilu z powiatową orkiestrą przygłuchych rzępolantów, dla których A-dur, czy c-moll to w zasadzie jeden pies.

Aha, nie mój cyrk i małpy też jakby cudze, wydaje mi się jednak, że prezes Legii zachował się w całej hecy jak taki, posługując się garmową metaforyką, firankowy smarkacz. Senator mi pewnie znów po łbu nałoży, że kogoś obrażam, no ale szef poważnej firmy (a na taką, jak mniemam, kreuje się Legia) powinien wiedzieć, że pewnych rzeczy zwyczajnie się nie robi. I tyle.

Dla chcącego nic trudnego.

Coś ze dwadzieścia lat temu na piłkarskich boiskach panowała estetycznie paskudna moda na przylepione na nosie plasterki. Rzekomo miały one ułatwiać oddychanie, wspomagać wydolność organizmu i takie tam. Trudno mi stwierdzić, czy to działało, nie próbowałem. Tak, czy inaczej, „plasterkowy” trend zrodził się na zachodzie, do nas zaś przywędrował, jak to zwykle bywa, z pewnym opóźnieniem. Ale za to entree miał naprawdę wspaniałe. Popularny podówczas napastnik Legii Warszawa i reprezentacji Polski przed jakimś meczem też nalepił sobie plaster na nos. Przypominam, działo się to w ostatniej dekadzie zeszłego stulecia, gdy techniczne nowinki z bardziej cywilizowanego świata nie były u nas specjalnie dostępne. Cóż, dla chcącego nic trudnego. Legionista użył był zwykłego plastra, takiego na skaleczenia. Trudno mi stwierdzić, czy zadziałało, nie pamiętam jakim wynikiem zakończyło się tamto spotkanie, niemniej facet przez chwilę mógł się poczuć jak gwiazda.

Lat minęło mało-wiele, popularny niegdyś napastnik zawiesił buty na kołku i zajął się handlem żywym towarem. Traf chciał, że któregoś razu pod jego czułe skrzydełka trafił pewien nieopierzony jeszcze piłkarzyk z Warszawy ogrywający się w podstołecznym Zniczu. Chłopak nieźle rokował i szybko stało się jasne, że za gruba z niego rybka jak na mały pruszkowski stawik. Logiczne wydawały się przenosiny do Legii, bo to i w jej rezerwach już młokos terminował, i jego, ekhem, menedżer był, jako się rzekło, swego czasu z Wojskowymi związany. „Menedżer” skwapliwie zresztą swój żywy inwentarz klubowi z Łazienkowskiej polecił. Ku swemu zdziwieniu jednak nie spotkał się z zainteresowaniem. Mirosław Trzeciak, ówczesny dyrektor sportowy Legii, znacznie wyżej cenił umiejętności gwiazdora z Hiszpanii, niejakiego Mikela Arruabarreny, za co zresztą po dziś dzień niejeden stołeczny kibic rad by go wypatroszył.

Nie udało się podbić Ekstraklasy w legijnych barwach? Cóż, dla chcącego nic trudnego. Plasterkowy handlarz ulokował swój cenny (oj, jak cenny!) towar w Poznaniu i szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Podczas dwóch sezonów gry dla Kolejorza niedoszły idol Żylety wystąpił w osiemdziesięciu dwóch spotkaniach, zdobył czterdzieści jeden bramek i – przynajmniej na krajowym podwórku – wygrał wszystko, co tylko się dało: puchar, mistrzostwo, superpuchar i strzelecką koronę. Gdzieś tam po drodze przyszedł jeszcze debiut w kadrze. Nie dało się ukryć, że teraz nie tylko Pruszków, ale i cała Polska jest za małym akwenem dla takiego rekina. Zwłaszcza, że ulubionym zajęciem rodzimych żurnalistów sportowych – no, zaraz obok psioczenia na „kibolstwo” – jest wypychanie za granicę wszystkiego, co ma dwie nogi i jako tako umie szurać gałę. Wystarczyło tylko znaleźć klub.

Dla chcącego nic trudnego. Zgłosiła się BV Borussia 09. Lech, co prawda, nie do końca był kontent z kwoty transferu, za to plasterkowy handlarz i owszem, bo pieniążki przytulił niechude. Początki w Dortmundzie do specjalnie łatwych nie należały. W ataku drużyny Juergena Kloppa brylował Lucas Barrios, zaś byłemu Lechicie pozostawała ławka, bądź co najwyżej gra za plecami argentyńskiego Paragwajczyka. Jednak, no właśnie, dla chcącego… Chłopak wziął się w garść, nie jęczał, nie płakał, nie rozpowiadał farmazonów o trenerze, co to nie lubi Polaków, tylko solidnie przysiadł fałdów i podszkolił się na tyle, że w następnym sezonie miejsca na Westfalenstadion dla Barriosa zabrakło. Borussia zaś, przy wydatnym udziale naszego bohatera (22 gole!) obroniła krajowy prymat i dorzuciła jeszcze DFB Pokal, a podopieczny plasterkowego handlarza zapakował w finale hattricka samemu Bayernowi.

Cieniem na sezonie 11/12 kładła się jedynie słaba postawa BVB w Lidze Mistrzów. I tu jednak wyszło na to, że przy odrobinie chęci można zdziałać naprawdę wiele. Juergen Klopp wyciągnął wnioski, zespół zmężniał i w bieżących rozgrywkach rozstawia wszystkich po kątach. No, prawie wszystkich, bo w najbardziej prawdopodobnym finale czeka jeszcze ta cholerna monachijska czerwień. Ale skoro dla chcącego trudne nie jest nawet strzelenie czterech goli w półfinale Realowi, dlaczego obawiać się Bayernu?

Gdzieś w tak zwanym międzyczasie plasterkowy handlarz jął rozpuszczać wici, że, no, wicie-rozumicie: staw. Dortmundzki staw zrobił się dla jego gwiazdy za mały. Nic to, Baśka, że angielskie (zwłaszcza) i hiszpańskie akweny jakby wysychają, zaś Bundesliga lada moment może być jako ten Pacyfik. Oczadziałej tłuszczy chcący może wcisnąć wszystko, a plasterkowy handlarz chcący jest bardzo. Oto bowiem – jak ćwierkają poniektóre wróbelki – niezadługo kończy mu się umowa ze złotodajną kurką i rad by wielce jeszcze na koniec się nachapać. Zgarnąć prowizję za wielomilionowy transfer swego gracza do Man Utd, czy inszej Barcelony? Panie kochany, taki rozkład wypada raz w życiu, idiota, kto nie korzysta!

Oczywiście, cena – a zatem i prowizja – byłaby pewnie wyższa, gdyby do wyczynów klubowych dało się w reklamowym folderze dokleić jakieś osiągnięcia reprezentacyjne. Niestety, na tym polu nasz bohater absolutnie nie jest chcący. Ależ jasne, ja rozumiem, że w naszej kadrze nie dogrywają mu Goetze’y, Reusy, czy inne tam Guendogany. Ale też nasza kadra nie grywa z Realami, tylko z takimi tam, Angliami, Mołdawiami, Estoniami, Czechami… I trochę to śmierdzi, że na chcąco można wpakować cztery gole Królewskim w półfinale LM, zaś by strzelić bramkę dla reprezentacji, potrzeba karnego w meczu z San Marino. Wrrróć, a-c10. Nie „trochę śmierdzi”, a – wybaczcie – makabrycznie jebie, aż w oczy szczypie. I, jeśli o mnie chodzi, dopóki nasz bohater nie zacznie chcieć w kadrze co najmniej w połowie tak mocno, jak w klubie, niech spierdala. Do Barcelony, Manchesteru, Monachium, czy gdzie tam jeszcze go plasterkowy handlarz upchnie.

W całej tej sprawie poza zmarnowanymi reprezentacyjnymi perspektywami żal mi jeszcze jednego: całej tej masy ludzi, którzy jęczą z rozkoszy jak najwprawniejsza pornogwiazda, bo pozwolono im pozbierać okruchy z pańskiego stołu i poopalać się w blasku cudzego słońca. Ja wszystko rozumiem: permanentny, dokuczliwy brak sukcesów, tęsknota za wielkością, za chwałą, et cetera, et cetera. Ale żeby dostawać – znów, wybaczcie – kiślu w majtach na wieść o sukcesach klubu zwanego „Prusy” tylko dlatego, że gra tam chłopak rodem z Warszawy? Cóż, faktycznie, dla chcącego nic trudnego. Zawsze można sobie nalepić viscoplasta na nos i udawać gwiazdę.

Wesołych Świąt!

Tym, co wierzą: obfitości łask, głębokiej zadumy do niedzieli i nieopanowanej radości od niedzieli. Tym, co nie: czegokolwiek sobie zamarzą. Wszystkim: mnóstwa ciepła przy okazji rodzinnych spotkań, smacznego jajka i mokrego (ale bez przesady, zapalenie płuc to nic fajnego;) dyngusa.

Wedle życzenia.

Nadal zresztą słabo mogę (znaczy wciąż boli), ale jeszcze mniej mogę wytrzymać po ukraińsko-sanmarińskim dwumeczu. O samej stuosiemdziesięciominutowej tragifarsie ani słowa. Skłonności do masochizmu są mi od urodzenia obce, a już nurzanie się w rzygowinach interesuje mnie mniej, niż wcale.

Dlatego dziś tylko kilka – wybaczcie, naprawdę mnie boli, znaczy palec – słów do mediów. Macie, mordki, coście chcieli. Macie quasipiłkarzy, rozbambanych gwiazdorków, którzy święcie wierzą, że ruszanie dupy nie jest konieczne do zostania bogiem futbolu. Teraz jeszcze drzyjcie się, że trzeba wywalić Fornalika. Powodzenia. I klepcie w kółko od nowa te same farmazony o selekcjonerze z zagranicy. No śmiało. Nawiasem mówiąc: Zamorano, Ty jesteś z Łodzi. Skąd Wy tam bierzecie takie ewenementy? Najpierw Sarzało, teraz niejaki Derdzikowski… A może wiecie co? Usankcjonujmy rzeczywistość. Niechże nadtrener Błaszczykowski z nadtrenerem Lewandowskim zdecydują, czy istnieje jakikolwiek szkoleniowiec, którego autorytet łaskawie raczyliby uznać (chociaż trochę) i od czasu do czasu zadnią część swych drogocennych ciałek poruszać. Gdyby się przypadkiem okazało, że jest (jakoś wątpię), natychmiast trza przekonać Ryżego Piłkarzyka, żeby wprowadził specjalny podatek, taką ogólnonarodową ściepę na pensję dla takiej gwiazdy.

A propos Ryżego Piłkarzyka, jego futbolowy odpowiednik też ma się świetnie.

Chcieliście takiej kadry? Chcieliście takiego PZPNu? Wedle życzenia. Można by za Hetfieldem zanucić careful what you wish, you may just well get it. No ale skoro chcieliście, to chyba wam teraz dobrze, nie?

Niebaran.

Zacznę od kolejnej historyjki z dzieciństwa. Otóż kiedy byłem mały brzdąc, wuj wziął mnie na kolana i… nie, nie płakał rzewnie, łyski nie pił, o żadnych tam złych dotykach – znam ja Was, świntuchy;) – nie wspominając. Zadał mi tylko takie bardzo oklepane pytanie: „co chcesz robić w życiu, jak dorośniesz?”. Gdy bez zastanowienia odparłem „będę piłkarzem”, parsknął „i co, będą cię mogli sprzedać jak barana na targu”. Na szczęście wuj był tylko przyszywany, toteż mój wybuch złości, jaki nastąpił po tak rażącym braku zrozumienia dla dziecięcych marzeń, nie wywołał poważnych konsekwencji rodzinnych, a jedynie pewne towarzyskie perturbacje. Lat minęło mało-wiele, piłkarzem zawodowym nie zostałem, udało mi się jedynie zaliczyć epizod w roli amatorskiego skórokopa. Wszystkie moje transfery z LZSu do LZSu (żeby jasność była: wszystkie dwa) odbywały się nie tyle za moją wiedzą i zgodą, co z mojej wyłącznej inicjatywy. Gdybym jednak zdołał zostać profesjonalistą, dziś pewnie rad nierad musiałbym przyznać przyszywanemu wujowi rację.

Regularni bywalcy tego bloga wiedzą zapewne jak podchodzę do idiotycznego toku „myślenia”, który każe wysyłać każdego ćwierćzdolnego polskiego grajka zagranicę „żeby sobie kariery nie zmarnował”. W większości przypadków realizacja tego trendu wygląda pi razy oko tak: zagra chłopczyna parę niezłych meczów w Ekstraklasie, jego pazerny menago wynajduje jakiś klub, któremu kilkaset tysięcy euro w te, czy wewte nie robi przesadnej różnicy, podburza nocnikarzy, sam kasuje tłustą prowizyjkę, macierzysty klub zawodnika łata dziury w ZUSie i wszyscy są wery hepi. Nawet sam zawodnik, któremu w tzw. międzyczasie zazwyczaj udaje się wcisnąć, że transfer do 1.FC Toten Hosen to spełnienie jego najskrytszych pragnień i wisienka na torcie przepięknej kariery (rozpoczętej, przypomnijmy, pół sezonu wstecz).

Paweł Wszołek lacno mógłby ujść za taką właśnie gwiazdkę. Pohasał jesienią na skrzydle w klubie zwanym Polonia Warszawa, zaliczył kilka asyst, zdołał nawet zadebiutować w kadrze (fakt, że o to ostatnie w dzisiejszych czasach jakby łatwiej, ale co tam). Runda dobiegła końca, „Wszoł” udał się na świąteczny urlop. Pojadł karpika, popił barszczyku, może gdzieś tam się w ciepłych krajach powygrzewał (nie wiem, nie sprawdzałem) i wrócił do klubu. Po czym ni z gruchy, ni z pietruchy usłyszał, żeby pakował manatki, bo minuta pięć i już ma siedzieć w samolocie do Hanoweru.

Sprawa wydawała się bajecznie prosta. Szemrany bieznesmen Król, który latem przejął DyskoPolo od innego szemranego bieznesmena, Wojciechowskiego, dawno już chyba pojął, że capnął kęs nie na swoje zęby. W kasie puchy, piłkarze się buntują, nie chcą grać, za to chcą się sądzić. A tu proszę, jak gwiazdka z nieba, choć nieco po czasie, spada półtorej bańki w ojrowalucie. Och, dziękujemy Ci, Święty Mikołaju! Szemrany menago też już pewnie zacierał łapki i kombinował na co konkretnie pójdzie jego dola. Bo dola, wicie-rozumicie, piechotą nie spaceruje. Dziś jest, a za pół roku – cholera wie, nuż się chłopak połamie, albo co? Wreszcie dla 96tek kwota transferu też była słabo przerażająca jak na możliwość pozyskania obiecującego skrzydłowego, już po debiucie w narodowych barwach.

I tylko ten głupi „Wszoł” się wziął i zbiesił. Nie jedzie i już.

Przez następnych kilka dni działy się różne rzeczy. Wszołek się wahał, zastanawiał, kluczył. I nic dziwnego. Z jednej strony transfer do Bundesligi nie psi wacek. Wszystko wszystkim, ale taka okazja może się po prostu nie powtórzyć. Z drugiej, jest coś takiego, jak ambicja (tak, tak – ambicja!), która każe wierzyć we własne możliwości i w to, że być może kiedyś (np. latem) zgłosi się klub jeszcze większy, niż H96. A poza tym – przede wszystkim? – pamiętać należy, że mowa o wciąż młodym chłopaku, wyraźnie zagubionym w całym tym menedżersko-prezesowskim bajzlu.

Możliwe, że ci, którzy z Wszołka niewybrednie rechocą, mają rację. Znaczy że koleżka zwyczajnie stchórzył. Możliwe, że koniec końców bohater tego tekstu jednak wyląduje w Hannoverze, do zamknięcia okna jeszcze przecież trochę zostało. Jak by jednak nie było, Paweł Wszołek udowodnił, że jest piłkarzem, nie baranem. I samym tym zaskarbił sobie u mnie sporo szacunku.

Jahn, Franz, Prince i wybite zęby.

Ale wiecie co? Liczę sobie te nieprzebrane zastępy polskich trenerów pracujących zagranicą, liczę i za cholerę się doliczyć nie mogę, taka ich, wicie-rozumicie, mnogość. W ostatnim czasie epizody w Grecji zaliczyli Jacek Gmoch i Michał Probierz. Ale już ich tam nie ma. Solidną markę w solidnej Szwajcarii wyrobił sobie Ryszard Komornicki. Z kolei Marek Zub został niedawno wicemistrzem Litwy z Żalgirisem Wilno. Poza Europą u Wuja Sama radzą sobie (raz lepiej, raz gorzej) Piotr Nowak i Robert Warzycha, zaś Maciej Skorża zabezpiecza finansowo przyszłe pokolenia za petrodolary krzewiąc PMSz na pustynnych piaskach w Al-Ettifaq (dobrze napisałem?).

I to już, mili państwo, będą naprawdę wszyscy. Przegląd Sportowy wspomina co prawda o naszych trenerach w niższych ligach skandynawskich, a nawet o selekcjonerze gorących Haitanek (!), ale zgódźmy się, nie jest to taka zagranica, o jakiej w tym kontekście powinniśmy rozprawiać. A zatem: dwóch. Komornicki i Warzycha. Nowaka jakiś czas temu wytrąbili z roboty. Z całą moją dozgonną sympatią dla Wilna, liga litewska to jednak mały kaliber, zaś eskapadę Skorży w ogóle ciężko mi traktować w kategoriach sportowych. Dwóch ludzi we w miarę poważnych ligach we w miarę poważnych – z futbolowego punktu widzenia – krajach. I my drzemy łacha z faceta, który właśnie załapał się do 2. Bundesligi? Paradne.

Jak na moje, należałoby mu raczej życzyć, aby przypomniał sobie, jak się czyni cuda i uratował ten poziom rozgrywek dla Ratyzbony. Może dzięki temu zechce go ktoś (jeszcze) lepszy. I może w konsekwencji za parę lat „polski trener w Bundeslidze” nie będzie brzmiało jak opowieści o Żelaznym Wilku. Marek Zub mógłby już pewnie parę słów o tym powiedzieć.

A tak na marginesie: Jahn + Franz = Jahnz. Maciej Jahnz, naprawdę świetny gitarzysta.

* * *

Miałem wtedy jedenaście, może dwanaście lat. Poszedłem na osiedlowe boisko poszurać gałę. Zaraz obok placu siedziała grupka takich samych, jak ja smarków kompletnie nie zainteresowanych graniem, za to bardzo zainteresowanych ubliżaniem grającym. W zasadzie głównie mnie. Słabo już pamiętam o co konkretnie poszło. Chyba nie podobał im się fason moich butów. W każdym razie lżyli mnie potwornie. W pewnym momencie nie wytrzymałem, podbiegłem do pierwszego z brzegu i pacnąłem go w pysk. Jako, że – nieskromnie rzecz ujmując – w pacaniu w pysk zazwyczaj dawałem radę, wybiłem gamoniowi bodaj dwa zęby, a na pewno złamałem nos. I co mi z tego przyszło? Nic. Kompletnie nic. Bowiem reszta tych łajz, zamiast wstawić się za kumplem, wycofała się na uprzednio upatrzone pozycje i dawaj a piat’ lżyć mnie jeszcze mocniej. Krew się we mnie gotowała, ale już żadnego następnego dogonić nie mogłem, co oczywiście powodowało tylko wzrost ich rozbawienia i kolejne sute porcje bluzgów pod moim adresem. Wylewała się ze mnie wściekłość, poczucie bezsilności i sromotnej klęski. Jeszcze ładnych parę dni nie mogłem sobie z tym poradzić.

Tak mi się ta dawna, niewesoła historyjka przypomniała a propos przerwanego sparringu Milanu z Pro Patrią. Jak na moje, Boateng przegrał dokładnie tak samo, jak ja te kilkanaście (osz w mordę, dwadzieścia) lat temu. Jak to mawiano na moim starym osiedlu, dał się wymacać na sucho. Przecież tej grupce cymbałów dokładnie o to chodziło. Wyprowadzili go z równowagi. Czarna małpa się wściekła i zaczęła fikać. U-ha-ha, ale radocha! Banda dekli – którzy, nawiasem mówiąc, pewnie nawet nie są rasistami – skręciła sobie bekę z kolesia, któremu kompletnie puścił bezpiecznik. O, rzecz jasna, z odpowiedniej odległości. Ciekaw jestem, jakie zwierzątko jeden z drugim zechciałby udawać, gdyby Prince’owi udało się go dorwać w swe ręce. Przypuszczam, że na nosie i zębach by nie stanęło.

Teraz przegrał Kevin, niedługo przegrać może – wiem, strasznie górnolotnie to brzmi – cały futbol. Bo na razie przerwano sparring. Zwykłą, kontrolną gierkę, która – gdyby nie ten haniebny incydent – w ogóle mało kogo by obeszła. A co jeśli za, dajmy na to, dwa lata, przerwany zostanie mecz ligowy? A za pięć i pół, w półfinale Mistrzostw Świata, drużyna przegrywająca 0:3 zejdzie z murawy „bo tam, w czterdziestym ósmym rzędzie, jakiś gnojek nazwał naszego kumpla czarnym chujem!”?

Jasne, rasizm to straszne – wybaczcie – kurestwo. Nie ma dlań żadnego usprawiedliwienia. Ale choćby dlatego właśnie nie powinniśmy pozwolić mu macać się na sucho. Stąd nieodmiennie współczując Boatengowi wolałbym, aby piłkarze na murawie zajmowali się graniem w piłkę. Zaprowadzanie ładu i porządku na trybunach pozostawmy lepiej odpowiednim służbom.

Takie tam (odc. 8).

1. Hydra, centaury, prąd i miliony euro.

Zaroiło nam się od młodych zdolnych w rodzimym futbolu. Arkadiusz Milik w Zabrzu, Łukasz Teodorczyk, Paweł Wszołek i cały legijny zaciąg w stolicy, paru ludzi w Lubinie plus jednostki w zasadzie w każdym klubie Ekstraklasy (a i tzw. I ligi też). Super. Od dawna uważam, że kryzys ekonomiczny może wyjść polskiej piłce na dobre. Zamiast stawiać na przepłacanych szrociarzy z Bałkanów i b. ZSRR, kluby coraz odważniej – co z tego, że często z braku alternatyw? – promują własny, lub prawie własny narybek. Oby tak dalej.

Szkopuł w tym, że – jak to często w naszym pięknym kraju bywa – jedziemy od ściany do ściany. Większość w/w gołowąsów już uważa się za gwiazdy naszej kopanej. Paru zdążyło – co z tego, że z braku alternatyw? – zadebiutować w kadrze, w przypadku większości mówi się głośno i wyraźnie o zainteresowaniu klubów z zagranicy, padają kwoty transferowe zdecydowanie działające na wyobraźnię, itepe, itede.

Tymczasem ci chłopcy jeszcze nawet nie urwali łba hydrze w postaci przesiadki z futbolu juniorskiego na dorosły. A już jakby odcięło im prąd. Milik, Teodorczyk i Wszołek zlapali ewidentny dołek formy. Z Legionistów jedynie młody Kosa prezentuje dobrą dyspozycję. O całej plejadzie Zagłębiaków w ogóle ucichło. I w sumie nic dziwnego. To zupełnie normalne, że młodzi, nieokrzepnięci sportowcy miewają problemy z utrzymaniem równej formy. Sęk w tym, by tych problemów nie wzmagać.

Traktowanie dzieciaka, który ledwie przeszedł mutację, jak półboga kopanej to najprostszy sposób by już niedługo zacząć mówić o nim jak o zmarnowanym talencie. Patientia virtus est, mili państwo. Dajmy im chociaż zbliżyć się do centaurów.

I jeszcze jedno: nieodmiennie wkurwia mnie i śmieszy zarazem popularny schemat, heh, myślowy w stylu: najpierw wyganiamy zagranicę każdego choćby ćwierćzdolnego grajka, „żeby sobie kariery nie zmarnował”, a potem robimy sobie szutki z poziomu Ekstraklasy. Milik już niczego się w Zabrzu nie nauczy? Paradne.

2. Lepszy Wróbel w garści i Alex w Espanyolu? Nie sądzę.

Portal 90minut.pl podaje, że Alexandru Suvorov nie przedłuży wygasającego z końcem roku kontraktu z Cracovią i poszuka zatrudnienia w Hiszpanii. Ponoć poważnie zainteresowany Mołdawianinem jest barceloński Espanyol. Jednocześnie odżyły zdać by się mogło dawno temu szczęśliwie pogrzebane plotki o ściągnięciu do zespołu Pasów skrzydłowego GKS Bełchatów, Tomasza Wróbla.

OK., to na razie tylko plotki. Choć wiarygodność 90ciu minut sobie cenię, to jednak żadna z zainteresowanych stron nie raczyła się jak dotąd oficjalnie wypowiedzieć. Niemniej, zupełnie mi się te plotki nie podobają.

Nigdy nie ukrywałem, że Alexandru to mój osobisty faworyt w składzie ekipy z K1. Dobry technicznie, inteligentny, obdarzony niezłym strzałem i ciekawym podaniem. Owszem, ostatnio raczej nie błyszczał i nie bez powodu przesiadywał na ławce. Tyle tylko, że otrząsnąwszy się z przykrych skutków ciągu dyskwalifikacji i kontuzji mógłby śmiało stanowić o sile ekipy w Ekstraklasie, o tzw. I lidze nie wspominając. No cóż, jeśli naprawdę wybrał rozbrat z Cracovią, pozostaje mi życzyć mu wszystkiego najlepszego w dalszej karierze. A w razie co, wracaj do nas, Alex, jak w dym.

Co zaś się tyczy Wróbla, na cholerę nam, przepraszam, trzydziestoletni grajek udzielający się w zespole obecnie znacznie gorszym nie tylko od Pasów, ale i – nie przymierzając – Stomilu Olsztyn?

3. Family Playhouse.

Pani prezes-eksmodelka ogranicza finansowanie poznańskiej Warty. Jako pierwszy powód podaje to, że zawodnicy nie doceniają wypłat na czas. Nosz ja pierdykam… Nie żebym chciał się bawić w adwokata piłkarzy Zielonych, ale „argumenty” tego typu obnażają, excusez le mot, tępotę wielu ludzi u władzy w polskich klubach. Może ja jestem naiwny, ale zdaje mi się, że terminowość wypłat to w normalnie funkcjonującym przedsiębiorstwie standard. Standard tak standardowy, że nawet nie ma sensu się o nim rozwodzić. Pani prezes zarzuca kopaczom także brak wdzięczności za rozbudowany sztab szkoleniowy, obozy, odżywki, etc., etc. Kurde, widziałem kilka meczów Warty w tym sezonie i naprawdę nie miałem wrażenia, że jej piłkarze nie przykładają się do obowiązków. Może pani Izie nikt nie uświadomił, że w tej zabawie, gdzie dwudziestu paru facetów w krótkich gaciach biega po wielkim trawniku, nie zawsze się wygrywa?

A może po prostu co poniektórzy „dobrze poinformowani” mają rację i rozchodzi się o to, że mąż pani Izy nie dostał gruntów i postanowił zabrać swoje zabawki? Cóż, wygląda na to, że polski futbol nie wychodzi najlepiej na współpracy z dobroczyńcami z branży deweloperskiej.

Restituta? Może teraz?

Nie, wcale nie chodzi o to, że klubowe finanse trochę odetchną. Wręcz przeciwnie. Wbrew temu, co się niektórym zdaje, rozwiązanie kontraktu z winy klubu nie oznacza, że zawodnik jest wolny, ale i klub jest wolny od jego pensji. Znaczy owszem, zawodnik może sobie szukać nowego chlebodawcy wedle własnego upodobania. Ale klub musi mu z mety wypłacić wszystkie należności wynikające z zerwanej umowy. Czyli jeśli np. piłkarz Iksiński był do 30 VI 2014 związany z klubem kontraktem gwarantującym mu, powiedzmy, 30 tys. złotych miesięcznie, to teraz klub jest mu krewny, bagatela, nieco ponad pół miliona. A że uposażenie gwiazd z Konwiktorskiej było (jest?) zapewne cokolwiek wyższe, łączna kwota, jaką w najczarniejszym (sic) dla siebie scenariuszu będzie musiał wybulić Ireneusz Król, może nawet osiągnąć wartość ośmiocyfrową.

Oczywiście, przypuszczać można, że ostatecznie zbuntowani futboliści zechcą iść na ugodę (taki Baszczyński jest już ponoć dogadany z Ruchem). Znaczy wezmą mniejsze – pewnie dużo mniejsze – pieniądze, byle tylko uniknąć wielomiesięcznego (wieloletniego?) tarmoszenia się po sądach. A może i nie zechcą, kto ich tam wie. Tak, czy inaczej, nawet w tej bardziej „optymistycznej” wersji cios w kieszeń Króla będzie naprawdę potężny.

Sam ubytek ośmiu – jakkolwiek znaczących – graczy mógłby jeszcze nie oznaczać końca tej postgroclinowskiej farsy. Nie takie cuda polska piłka widziała, czego najelpszym przykładem ekipa Piotra Stokowca. Chłopaki do końca nie wiedzieli, czy zagraja w Katowicach, Sosnowcu, Warszawie, czy jeszcze gdzie indziej. Nie mieli sparringów, zgrupowań, nie mieli nic. Truchtali sobie po parku i… zimują na podium w Ekstraklasie. Cholera wie, może bez Dwaliszwilego i reszty też daliby radę jeszcze pohasać.

Tyle, że mogą – i oby! – nie dostać takiej szansy. Od dawna z różnych (acz głównie chyba katowickich) źródeł dochodzą głosy, że finansowanie klubu Ekstraklasy to zwyczajnie za duży rozmiar kapelusza na głowę Ireneusza Króla. I to o dobrych kilka numerów. Facet zwyczajnie nie ma odpowiednich środków i porwał się z tą swoją inwestycją w Polonię/KP Katowice/Groclin, jak zwał, tak zwał, niczym z Wartburgiem na WRC. A teraz jeszcze, znaczy już niedługo, będzie musiał ciepłą rąsią wypłacić „rebeliantom” miliony złotych.

I dobrze.

Już kilka miesięcy temu pisałem, że wierzę w to, iż kiedyś prawdziwe Czarne Koszule wrócą w chwale, pozbywszy się wreszcie fuzyjnego smrodu. Zdania wciąż nie zmieniam. Na miejscu kibiców Polonii i wszystkich, którym dobro tego klubu prawdziwie leży na sercu, przestałbym wreszcie – wybaczcie – pierdolić bzdury po internetowych forach i zabrałbym się za organizację KSP od nowa. Niechby i od B-klasy.

pees.
A propos cudów widzianych przez polską piłkę: nagle i zupełnie niespodziewanie otwiera się jakaś tam perspektywka utrzymania dla Bełchatowa, lub lepiej Podbeskidzia. Uwierzylibyście jeszcze parę dni temu w choćby cień szansy na takie rozwiązanie?

Do braci cyklistów.

Nie no, jasne. Wiem, że to nieładnie. Ale cóż począć? Nie lubię was i już. I piszę ten list nie dlatego, iżbym – jeszcze czego! – kłopotał się o wasze nędzne żywoty. Piszę, bo lubię swój samochód (i samochód mojej żony także) i kieruje mną wyłącznie troska o ich dobro.

Otóż moi drodzy nielubiani cykliści! Jeśli nieodwołalnie doszliście do wniosku, że wasza mizerna egzystencja na tym łez padole nie jest warta nawet funta kłaków, zapewniam was, że istnieje całe mnóstwo sposobów na piękne samobójstwo. Ot, takie utopienie na ten przykład. Przejeżdżałem dzisiaj nad Bugiem. Śliczności, mówię wam. Woda zimna jak chudy byk, po wpadnięciu nie wytrzymalibyście nawet kilku minut. A przed wpadnięciem jakie widoki! Pokryta śniegiem dolina jednej z najładniejszych rzek w naszym kraju. Warto było żyć, żeby tak umierać!

Gdybyście jednak zdecydowali, że bycie topielcem nie trafia w wasz gust (wszak o gustach to lepiej nie, zwłaszcza z cyklistami), zawsze możecie udać się na targ i nabyć jakąś broń palną. Używane sztuki bywają zaskakująco niedrogie. Co prawda istnieją spore szanse na to, że już po kilku dniach od daty zakupu zastukają do waszych drzwi uzbrojeni (sic) mundurowi i zaczną zadawać bardzo natarczywe pytania, ale w końcu co was obchodzi tak odległa perspektywa? Prosto z targu udajecie się do domu, rozsiadacie się wygodnie na ulubionym fotelu, wtykacie lufę do ust, naciskacie spust i… bummm! Po krzyku. Przy odrobinie farta i odpowiedniej oprawie (kamera, mikrofon, transmisja live w sieci) po tak zorganizowanej śmierci możecie cieszyć się znacznie większą sławą, niźli podczas waszego marnego żywota.

Nie, pistolet też nie? No to może skok z wieżowca? U mnie na osiedlu parę dni temu jakiś typek poleciał. Do dziś ludzie mają o czym gadać pomiędzy kolejnymi kęsami karpia i łyżkami uszatego barszczyku. OK, rozumiem, po takim skoku można raczej mało estetycznie wyglądać, no i po co dawać Zielińskiej spod piętnastki kolejny temat do nieustannego mielenia ozorem? A co myślicie o cykucie? Tres chic, nieprawdaż? Albo gorąca, aromatyczna kąpiel, najlepiej w towarzystwie nadobnych niewiast, zakończona podcięciem sobie żył. Tylko pamiętajcie, ciąć należy wzdłuż, nie w poprzek, inaczej odratują! A może tak stosowane w bardziej honorowych czasach (gdy jeździło się na rumaku, nie jakimś – tfu! – rowerze) rzucenie się na własny miecz? W przypadku wystąpienia problemów z podażą mieczy na pewno da się dostosować jakąś część rowerową tak, aby była twarda i ostra zarazem.

Widzicie? Trochę tego jest, a przecież wymieniłem ledwie garstkę pomysłów. Dlaczego zatem, do ciężkiej cholery, uparliście się targać na ten swój lichy, cyklistowski żywot jeżdżąc po zmroku po nieoświetlonych drogach ubrani w strój wysoce maskujący?! Ja was, powtarzam, nie lubię. Ale nie aż do tego stopnia, by cieszyć się z waszej nagłej, brutalnej śmierci. A już na pewno nie cieszy mnie perspektywa własnoręcznego ścierania waszych flaków z maski i przedniej szyby i naprawiania potrzaskanego zderzaka, urwanego lustra i czego tam jeszcze. Dlatego zaklinam: przemyślcie to sobie ten jeden ostatni raz. Może jest dla was jeszcze jakieś, heh, światełko, niekoniecznie w tunelu? Wszak od każdego błędu można rewokować. Rzućcie w cholerę ten pieprzony rower i znajdźcie sobie sensowniejsze hobby, chmury depresji w waszych głowach natychmiast się rozproszą. A nawet jeśli zamierzacie trwać w tym idiotycznym przyzwyczajeniu – trudno, niech wam będzie. Tylko, nosz w mordę, załóżcie na siebie coś odblaskowego. I wkręćcie żarówki do rowerowych światełek. To ledwie parę złotych, najtańsza trumna kosztuje znacznie więcej. O zderzaku i masce nie wspominając.

 Page 5 of 20  « First  ... « 3  4  5  6  7 » ...  Last »