Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Styczeń 2018
P W Ś C P S N
« gru    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Szybka połówka.

Mam nieodparte wrażenie, że w bieżącym sezonie podobną „szybką połówkę” serwuje nam Ekstraklasa. Ledwie rozpoczął się listopad, a za nami już piętnaście kolejek, co jeszcze niedawno oznaczałoby półmetek rozgrywek. Przyznam szczerze, że tak, jak podobało mi się picie w białoruskich bramach z przygodnymi nieznajomymi, tak też i takie tempo ligowych rozgrywek rafia w moje gusta. Meczów jest dużo, nie ma sensu rozpamiętywać poprzedniego, bo już za chwilkę przecież następny. Kolejki pędzą jak oszalały rollercoaster, zlewają się w całość, nie dają odetchnąć i… i dobrze. Nie wiem, jak Wy, ale ja wreszcie odnoszę wrażenie, że ta nasza liga naprawdę gra, a nie tylko stwarza pozory.

• Król jest nagi? Poczekajmy.

Przegląd Ekstraklasy po piętnastej kolejce zacznę od mistrza wcale nie dlatego, że tak wypada. OK., Legia nie rozpieszcza ostatnimi czasy swych sympatyków. W Europie gra słabo, by nie rzec koszmarnie. W lidze też już czterokrotnie schodziła z boiska pokonana. A przede wszystkim na boisku prezentuje się bardzo niemrawo. Nawet jeśli wygrywa, to albo po męczarniach, albo fuksem, albo z Zagłębiem (o nim jeszcze będzie), co w zasadzie na jedno wychodzi.

Wszystko to prawda. Zauważyć jednak należy, że nawet tak słabo grająca Legia wciąż jest liderem Ekstraklasy. Wychodzi więc na to, że kiedy zacznie grać lepiej (a zacznie), nie będzie mieć problemów z obroną tytułu. W każdym razie inne rozwiązanie mocno by mnie zdziwiło.

• Podkreskidzie, czyli czarno ja to Widzew.

Na przeciwległym do Legionistów biegunie dostrzegam dwa kluby, które zwyczajnie do Ekstraklasy nie pasują. Ani organizacyjnie, ani finansowo, ani też – a to przecież wciąż najistotniejsze – piłkarsko. Oczywiście, to jeszcze wcale nie musiałoby oznaczać, że na pewno spadną. Tyle, iż z Bielska pogoniono ostatnio Czesława Michniewicza, (współ)odpowiedzialnego za cudowne – jak na warunki – wyniki, jakie jeszcze niedawno osiągali „Górale”. Z kolei w Łodzi pożegnano się z Radosławem Mroczkowskim, który przez umiejętną pracę z młodzieżą zapewniał klubowi jakiekolwiek perspektywy przypływu gotówki. Wygląda więc na to, że włodarze obu klubów doszli do po staremu głupkowatego wniosku, że tak ogółem to wszystko jest gites-majonez, tylko trenera trzeba zmienić. Cóż, panowie, dobrze to wam takie podejście nie wróży.

• Zagraj to jeszcze raz, Zag!

Los Legii, Podbeskidzia i Widzewa wydaje się w miarę pewny jak na warunki Ekstraklasy. Czyli wciąż wszystko może się zdarzyć. Na świeżo mamy przecież niewiarygodne utrzymanie klubu z B-B w poprzednim sezonie. A także sytuację o rok wcześniejszą, kiedy to sponsorujący Legię browar zdążył nawet wypuścić „mistrzowską” edycję szklanek, gdy wtem…

Jest jednak w naszej lidze jeden klub, którego koleje losu są doskonale przewidywalne. Wielokrotnie już wyrażałem swą niechęć do Zagłębia Lubin. Muszę jednak oddać chłopakom, że takiej konsekwencji to tylko pozazdrościć. Lato w lato przeróżni eksperci wieszczą z niezachwianą pewnością, że tym razem to już po prostu musi się Miedziakom udać (w sensie: na pewno puchary, mistrzostwo może). Jesień w jesień lubińskie wyroby piłkarzopodobne udowadniają, że musi to na Rusi, z której na Dolny Śląsk jest dość daleko i zimują w okolicach strefy spadkowej. Wiosna w wiosnę, poganiani perspektywą utraty tłustych kontraktów spinają się, wygrywają parę meczów i spokojnie się utrzymują, niejako przy okazji znów rozbudzając nadzieje ekspertów. Po czym: ‘rrrewinnnd!!!’ i a piat’ w kółko ten sam kawałek.

• Sokrates wiecznie żywy.

Legia plus Podbeskidzie i Widzew plus Zagłębie to cztery. Zostaje więc jeszcze dwanaście ekip, które uparcie wcielają w życie sokratejską maksymę scio me nihil scire. Cel każdej z nich jest jasny: załapać się do ósemki. Parę trafnych decyzji personalnych, odrobina cierpliwości oraz – last but not least – fuksa i każda z nich śmiało może myśleć o realizacji tego celu. A potem, kto wie? Ostatnia minirunda jest lepiej punktowana, mając zapewnione utrzymanie można grać odważniej, a skoro taki Piast wywalczył sobie puchary… A skoro taki Śląsk został mistrzem…

Z drugiej strony niewłaściwy dobór ludzi, czy taktyki, brak cierpliwości i niefart każdego z omawianej dwunastki może zepchnąć do/pozostawić w grupie spadkowej. A wtedy będą nerwy, mecze o wszystko i… kto wie, może przyszły sezon przyjdzie rozpoczynać sezon niżej?

W każdym razie: będzie się działo. Drugą połówkę odbijamy już w piątek.

• Z innej parafii:

Podobno obecny prezydent UEFA i zarazem niemal pewny kandydat na przyszłego prezydenta FIFA ma plan, by liczbę uczestników turnieju finałowego Mistrzostw Świata powiększyć z 32 do 40. Niezłe, niezłe, nie najgorsze. Mam jednak lepszy pomysł: zlikwidujmy w cholerę jakiekolwiek eliminacje. Raz na cztery lata urządźmy wielgachny, trzymiesięczny spęd, na który każda federacja członkowska FIFA będzie mogła przysłać swoją reprezentację. A jak kogo stać, to i dwie, albo nawet trzy. Jak szaleć, to szaleć. Sensu będzie w tym pi razy drzwi tyle samo, co w czterdziestozespołowym Mundialu (albo, he-he, w dwudziestoczterozepołowym Euro), ale za to o ile więcej uciechy!

Wiesz co, Michel? Po kim, jak po kim, ale po tobie to się takiego wsparcia dla wengero-fergusonistów zdecydowanie nie spodziewałem.

Zdechło?

Trzeba było być bezgranicznym optymistą/skończonym naiwniakiem/kompletnym szaleńcem, by spodziewać się, że zwycięska passa Pasów trwać będzie w nieskończoność. Jako że nie jestem ani jednym, ani drugim, ani trzecim nawet (choć pewnie najmniej mi brakuje), dzisiejszą porażkę z Koroną przyjąłem na chłodno. Ba, przyznam się – choć pewnie zabrzmi to jak tania, stworzona post factum wymówka – że gdzieś tam podskórnie ją zakładałem. A już na pewno taki obrót spraw w dzisiejszym spotkaniu zupełnie mnie nie dziwi.

Po pierwsze, Cracovii – tej Cracovii – rola zdecydowanego faworyta zwyczajnie nie leży. Widać to było w zeszłym sezonie, jeszcze w tzw. I lidze, gdy wpadki z niżej notowanymi rywalami przytrafiały się podopiecznym Wojciecha Stawowego częściej, niż powinny. A i tak rzadziej, niż by mogły, bo parokrotnie punkty, czy nawet zwycięstwo udawało się wyrwać jakimś zrywem w ostatnich minutach, precyzyjnym uderzeniem z dystansu, czy inną, podobną sztuczką. Gdy tuż przed swym polem karnym rywal ustawi gęste zasieki, gra Pasów staje się niepokojąco bezproduktywna. OK., piłkarze Cracovii nadal utrzymują się przy piłce dwu-trzykrotnie częściej, niż przeciwnik. Zazwyczaj oddają zdecydowanie więcej strzałów. Ale co z tego? Wciąż trzeba liczyć na łut szczęścia, którego dziś akurat trochę zabrakło. Nawiasem pisząc, na takie zasieki znacznie łatwiej natknąć się na własnym podwórku, stąd też zupełnie mnie nie dziwi, że w bieżących rozgrywkach Pasom jakby lepiej idzie w gościach.

Wracając do szczęścia – głupio i niesprawiedliwie byłoby zrzucać odpowiedzialność za dzisiejszą przegraną na jego brak. Bo, co by o tym nie mówić, gdyby kielczanom w paru momentach nieco bardziej się przyfarciło, ich zwycięstwo zapewne byłoby znacznie bardziej okazałe. A przede wszystkim, przyczyn straty kompletu punktów wolałbym szukać raczej w pasiastej sferze mentalnej. Indagowany w przerwie przez Paulinę Czarnotę-Bojarską Krzysztof Danielewicz emanował tak pustą pewnością siebie, że aż brew mojej szanownej małżonki powędrowała gdzieś pod sufit. Owszem, zawodnik z nr 7 nie został dziś nawet wpisany do protokołu meczowego. Mam jednak nieznośne przeczucie, że jego grający koledzy wyszli na drugą połowę z identycznym nastawieniem. Jeśli mam rację – cóż, panowie, kubeł zimnej wody na rozgrzane główki. Barceloną ani Bayernem to Wy jeszcze nie jesteście. Nikt nie padnie przed Wami na kolana i nie poprosi o jak najniższy wymiar kary. Nawet Korona.

Co teraz? Nic. Nie dostrzegam najmniejszych powodów do obaw, wszczynania polowania na czarownice, gruntownych zmian taktycznych, ani personalnych. Mam nawet taką nadzieję, że jeśli słusznie diagnozuję przyczyny dzisiejszej porażki, to sztab szkoleniowy na czele z trenerem Stawowym, a także – przede wszystkim – sami piłkarze wyciągną z niej bardzo budujące wnioski.

Pięć zwycięstw z rzędu? A czemu nie, można zacząć już za tydzień w Gliwicach. Tylko wśród wszystkich ochów i achów jakie (bardzo słusznie zresztą) towarzyszyły dotychczasowej grze Pasów w tym sezonie, pamiętać by wypadało, że samo się nie wygra.

Takie tam (odc. 9).

1. Tylko żebyśmy to, faken, zdążyli przeczytać…

Coś ze dwa tygodnie temu gościem Ligi+ Extra był Czesław Michniewicz. Pan Czesio, jak to on, gwarzył sobie wesoło z canalową ekipą, opowiadał trochę, jak to on, o sobie, trochę o Podbeskidziu, trochę o reprezentacji, etc., etc. Gdzieś w tzw. międzyczasie padło stwierdzenie – autorstwa bodaj Andrzeja Twarowskiego, nie pamiętam – że podczas pracy w B-B Michniewicz notował lepsze wyniki, niż w analogicznym okresie Nawałka z silniejszym przecież i personalnie, i organizacyjnie Górnikiem. Po czym nastąpiło nieuniknione, rzecz jasna, pytanie o selekcjonerskie aspiracje pana Czesia. Pan Czesio, jak to on, zbył sprawę żarcikiem. Zasugerował, że teraz to kadrę powinni przejąć dziennikarze, którzy przecież zawsze wiedzą najlepiej. Niech awansują na Euro, załatwią drugi koszyk, wtedy niech nastanie Nawałka, a dopiero po nim on sam.

Prowadzona w kordialnej atmosferze rozmowa toczyła się jeszcze przez czas jakiś, po czym program się skończył i Michniewicz wrócił do Bielska. A następnego dnia gruchnęła wieść, że już w tym Bielsku nie pracuje.

Nie, absolutnie nie zamierzam insynuować, iżby Smokowski, Twarowski et consortes w jakikolwiek sposób przyczynili się do zwolnienia Michniewicza z Podbeskidzia. Celować należy zdecydowanie w idiotyczną przypadłość włodarzy grubej większości polskich klubów, którą świetnie diagnozuje Bartoszewsky.

Z Podbeskidzia można rechotać. No bo patrzcie ich, znaleźli się. Chłop im Ekstraklasę uratował prowadząc zgraję drewniaków, których miejsce jest w najlepszym razie w tzw. I lidze. A i to raczej w środku tabeli, niźli w okolicach podium. Oni zaś zwalniają go po ledwie paru kolejkach następnych rozgrywek, bo im punktów za mało. A czego się jaśnie wielmożni spodziewali? Pierwszej ósemki? Pucharów może? Mistrzostwa? A co, jak szaleć, to szaleć. Śmiech na sali. Szybko jednak ten śmiech więźnie w gardle, gdy sobie człek uświadomi, że większość naszego, pożal się Boże, środowiska piłkarskiego zachowuje się tak, jakby zasiadała w zarządzie bielskiego klubu. Smuda nie wyszedł z grupy na Euro? Wywaliiiććć!!! Wypierdolić dyscyplinarnie. Fornalik nie pojechał na Mundial? To samo. A teraz Nawałka.

Kilkanaście miesięcy temu znamienity komentator Dziaam napisał na łamach No Właśnie: „Doszedłem do etapu, na którym osoba trenera kadry jest mi zupełnie obojętna. Dopóki z polskich klubów seriami nie będziemy wypluwać Błaszczykowskich i Lewandowskich, dopóty szanse na awans do imprezy mistrzowskiej będziemy mieli takie jak mamy – średnie.” Wówczas jeszcze trochę mi do tego poziomu zobojętnienia brakowało. Dziś znalazłem się nawet trochę dalej i najzwyczajniej w świecie nowemu selekcjonerowi współczuję. Został bowiem facet, tak po piłkarsku mówiąc, wsadzony na konia. Obarczony misją sklecenia – i to we wbrew pozorom niedługim czasie – drużyny z miksu anonimowych na kontynentalną skalę przeciętniaków i paru notorycznych leserów o monstrualnie przerośniętym ego. Co gorsza, gros dziennikarskiej tłuszczy, która tak naprawdę będzie jedynym recenzentem jego pracy, tychże leserów gloryfikuje i za nic ma naturalną hierarchię piłkarskiego zespołu.

Oczywiście, nie bez racji rzec by można, że nikt na ten gorący fotel siłą go nie wtykał. Sam chciał dostać ten kielich, sam będzie sączył pływającą w nim truciznę. Jednak powiedzmy sobie otwarcie: czy na miejscu Nawałki ktokolwiek z nas by odmówił? Powiedział „nie, Zbysiu, dzięki, mam swojego Górnika i to mi w zupełności starczy”? Przecież taka propozycja najprawdopodobniej nigdy się nie powtórzy. A nawet jeśli, okoliczności wcale nie muszą być bardziej sprzyjające. Tymczasem mniejsze, bądź większe cuda zdarzają się w futbolu znacznie częściej, niż w innych dziedzinach życia. A nuż-widelec Złoty Cielec Robercik złamie nogę, wskutek czego selekcjoner będzie wreszcie mógł powołać (i wystawić) napastnika zdolnego trafić częściej, niż raz na osiem poważnych eliminacyjnych spotkań? Może akurat będzie to ktoś taki, jak Olisadebe za Engela, Frankowski za Janasa, Smolarek jr za Beenhakkera? Albo np. taki Waldek Sobota odkryje w sobie głęboko schowane pokłady piłkarskiego geniuszu i zakasuje wszystkich Messich, Riberych i całą resztę? A może formę życia, a wraz z nią każdą lecącą w kierunku swej bramki piłkę złapie Artur Boruc i wybroni absolutnie wszystko, a na koniec jeszcze sam wykorzysta karnego w meczu decydującym o awansie?

Jasne, każda z powyższych ewentualności (ich listę można by rozszerzać w nieskończoność) jest bardzo, bardzo mało prawdopodobna. Ale w końcu nie niemożliwa i nie sądzę, aby – powtarzam – znalazło się w naszym kraju wielu takich, którzy nie zechcieliby spróbować poprowadzić reprezentację Polski. Nawet taką reprezentację Polski. Szkoda tylko, że – wracając do cudów – „znacznie częściej, niż w innych dziedzinach życia” wcale nie oznacza „często”. Szkoda, że w ogóle musimy się do cudów odwoływać.

A przecież tak niewiele trzeba, by było inaczej. Wystarczyłoby, żeby Zbigniew Boniek wszem i wobec ogłosił, iż Adam Nawałka będzie prowadził kadrę przez co najmniej cztery lata. I choćby się waliło i paliło, to ten okres nie zostanie skrócony pod żadną medialną presją, ponieważ nowy selekcjoner cieszy się pełnym i bezwarunkowym poparciem prezesa PZPN, który głęboko wierzy, że to właśnie A.N. poprowadzi Biało-Czerwonych do dobrego występu na MŚ’18. Jeśli po drodze uda się pojechać do Francji na Euro – super. Jeśli nie – tragedii, ani tym bardziej dymisji nie będzie.

Adam Nawałka zasłynął m.in. tym, że często podczas meczów krzyczy do któregoś ze swych asystentów „faken, zapisz to!”. Gromadzenie „gorących”, tworzonych bezpośrednio w trakcie gry notatek to niewątpliwie fantastyczny pomysł. Jestem pewien, że bardzo wiele korzysta na tym tak sam trener, jego sztab, jak i – przede wszystkim – cały zespół. Nowemu selekcjonerowi szczerze życzę, by wytrwał w siodle co najmniej tak długo, by mógł te notatki przeczytać.


2. Jeśli to sen, urwę głowę na wysokości bioder każdemu, kto ośmieli się mnie obudzić.

Cztery wygrane wyjazdy z rzędu. Cztery zwycięskie mecze ogółem. Miejsce blisko ligowego podium ze znacznie większą przewagą nad czerwoną latarnią, niźli stratą do lidera. A to jeszcze nie wszystko. Najbardziej mnie cieszy, że z czternastu dotychczasowych meczów Cracovii w bieżącym sezonie ledwie jeden był katastrofalny (Zawisza, w), a tylko dwa inne (Lechia, w; Legia, d) zwyczajnie słabe. W pozostałych spotkaniach Pasy, nawet jeśli nie inkasowały (kompletu) punktów, prezentowały się czasem bardzo solidnie, a częściej naprawdę świetnie. A pamiętajmy, że w składzie wciąż zdecydowanie dominują piłkarze, którzy jeszcze w poprzednich rozgrywkach z różnym powodzeniem rywalizowali w tzw. I lidze. Doszło do tego, że nawet Grzegorz Mielcarski i Marcin Baszczyński otwarcie chwalą Cracovię, co może oznaczać, że koniec świata jest naprawdę bliski.

Skąd to się wszystko bierze? Cóż, najprościej byłoby stwierdzić, że Ekstraklasa jest zwyczajnie słaba i dobre wrażenie może w niej robić dosłownie każdy. Wystarczy w miarę przyzwoita organizacja gry i łut szczęścia. Ale to tylko część prawdy, w dodatku dość marginalna. Znacznie większą rolę odgrywają, moim zdaniem, dwa inne czynniki. Po pierwsze: stabilizacja. Wielu moich „braci po szalu” utyskiwało na znikomą aktywność klubu tak w letnim, jak i poprzednim zimowym oknie transferowym. Domagaliśmy się (ja też, co tu ściemniać) zdecydowanych inwestycji podnoszących jakość zespołu, wzmocnień na kluczowych pozycjach, etc., etc. Nie wiem czy ta transferowa stagnacja była celowym działaniem, czy tak po prostu wyszło. W każdym razie wyszło elegancko. Chłopaki grają ze sobą już od dłuższego czasu. Mają zgranie i wzajemne zaufanie, co ładnie procentuje na boisku. Procentuje też konsekwencja trenera Stawowego, który wbrew nawoływaniom przeróżnych szpecjalistów nie przeprowadził po awansie taktycznej rewolty, tylko wciąż trzyma się swych pryncypiów. I oby tak dalej.

Po drugie: transfer. Tak, ten jeden jedyny sensowny transfer Cracovii w ostatnich latach. Facet imieniem Dawid, nazwiskiem Nowak. Mamy wreszcie napastnika, który strzela bramki. Ostatnio widzianym przy Kałuży egzemplarzem tego sortu był bodajże Piotrek Bania. I niech mi kto tu choćby szepnie słowo „kontuzja”. Wicie-rozumicie: głowa, biodra i te rzeczy. Nie żartuję.

Wiecie co? Wielokrotnie już tutaj (i nie tylko) pisałem, że bycie kibicem Cracovii uczy cierpliwości i pokory. Jasne, karmimy się wspomnieniami z dnia na dzień coraz to bardziej odległej chwały. Szczycimy się tym, żeśmy najstarszym polskim klubem. Wyznajemy pasiaste wartości i uparcie wierzymy, że kiedyś będzie dobrze. Ale tak naprawdę dopiero teraz, w trzydziestym trzecim roku swego życia, mogę być zupełnie serio dumny z pasiastego „teraz”.

Trwaj, chwilo. Jesteś piękna.

3. Rok nie wyrok(ować)?

26go października dość niepostrzeżenie minął rok od wyboru Zbigniewa Bońka na prezesa PZPN. O swoich zastrzeżeniach do kandydatury (i prezesury) „Zibiego” wielokrotnie już pisałem, nie będę się powtarzać. Krótko i ze smutkiem nadmienię tylko, że przez ten rok były as Juventusu nie zrobił przesadnie wiele, by rozwiać moje wątpliwości. Szczerze mówiąc, w ogóle niewiele zrobił.

OK., może to i tak faktycznie jest, że to zaledwie rok. Że zostały jeszcze co najmniej trzy i recenzować Bońka byłoby w chwili obecnej niepolitycznie. Ale… No właśnie. Wciąż nie mogę się pozbyć natrętnego wrażenia, że nowy prezes przeniósł do polskiej piłki paskudne wzorce żywcem wzięte z rodzimej polityczki. Że cały swój pomysł na prezesowanie opiera na tzw. pijarze i prezentowaniu własnej osoby w kontraście do nieudacznych poprzedników. Tymczasem ja osobiście zarówno Kaczyńskiego, jak i Latę mam, wiecie, niżej pleców. Obchodzi mnie to, co jest obecnie. Obecny prezes Rady Ministrów i obecny prezes PZPN. I mam szczerą nadzieję, że kiedyś obaj (nawet jeśli niekoniecznie akurat ci obaj) zaczną być żywymi, działającymi istotami, nie cieniami na tle parszywej konkurencji.

Za rok, może dwa…

Pochwała narkomanii.

Problem w tym, że profesjonaliści za swoje wypociny pobierają pieniądze. Amatorzy zaś muszą znajdować czas na pisanie gdzieś pomiędzy obowiązkami zawodowymi, naukowymi, czy rodzinnymi. Tym bardziej, jak na moje, należy docenić wysiłek włożony w tekst długi, wymagający nie tylko lotnej klawiatury, ale i solidnej pracy szperaczej oraz, last but not least, pokaźnej wiedzy. Taką właśnie perełkę zaserwował nam ostatnio Badzi. Być może nie wszyscy bywalcy No Właśnie! zaglądają pod Numer 10, toteż serdecznie polecam. I blog ogółem, i tekst w szczególności.

* * *

Nie do końca z innej beczki: Czesław śpiewa protest songi.

Do Czesława Michniewicza stosunek mam kompletnie obojętny. Ani nie pieję peanów na cześć „polskiego Mourinho”, ani też nie podśpiewuję w chórze jego zapiekłych krytykantów. Nie rozumiem natomiast powszechnego oburzenia oburzeniem pana Czesia na dziennikarzy. No bo przecież to i święty czasem z nerw by wyszedł.

Tak na rozluźnienie nastroju, trenerze: it’s only about football. Nothing else matters.

Czas to pieniądz.

CZAS

W bieżącym stuleciu sukces, liczony na naszą skromną miarę jako awans do wielkiej imprezy, osiągnęło trzech selekcjonerów reprezentacji Polski. Pierwszy z nich, Jerzy Engel, oficjalnie objął stery kadry po Januszu Wójciku 1go stycznia 2000. Był to raczej niepopularny wybór futbolowej centrali, jako że zdecydowanie większą estymą i poparciem vox populi cieszyli się wówczas Franciszek Smuda i Henryk Kasperczak. Na ich tle Ladislao Jorginho, który kilka poprzednich lat spędził trenując bez większych sukcesów kluby cypryjskie, jawił się jako człowiek znikąd. Ówże człowiek znikąd miał osiem miesięcy i sześć meczów kontrolnych, by przygotować zespół do eliminacji MŚ’2. Kadra nie wygrała żadnego z tych sparringów, połowę z nich remisując, połowę przegrywając i zdobywając w sumie zaledwie dwie bramki (w dodatku jedną z nich w ostatnim, sierpniowym sprawdzianie z Rumunią strzelił świeżo naturalizowany Emmanuel Olisadebe).

Czy ktoś wtedy labiedził nad fatalnymi wynikami Biało-Czerwonych? Czy domagał się natychmiastowej dekapitacji „cypryjskiego handlarza cytrusami”? Przyznam szczerze, że z perspektywy tych trzynastu lat z hakiem niespecjalnie pamiętam. Znaczy chyba jakieś głosy niezadowolenia były. Jednak panujące realia mocno różniły się od dzisiejszych. Wciąż przecież trwała „klątwa Bońka”. Dla młodego pokolenia – do którego się podówczas zaliczałem – brak reprezentacji Polski na Mistrzostwach Świata był tak samo oczywisty, jak to, że papież jest Polakiem. Stąd też wydaje mi się, iż Engel miał możliwość w miarę spokojnej pracy. A w każdym razie jego komfort przy komforcie takiego Fornalika wyglądał jak, nie przymierzając, Citroen XM przy Warczyburgu. No i ten komfort, ten czas dany Engelowi zrodził naprawdę piękne owoce. Pierwsze zwycięstwo pod wodzą W.J.E. Biało-Czerwoni odnieśli w Kijowie, sensacyjnie pokonując Ukrainę i rozpoczynając swój triumfalny marsz do Korei.

Wydarzenia z samego azjatyckiego Mundialu to temat na osobną dyskusję. Faktem pozostaje, że po nieudanych (?) MŚ Engel zmuszony został ustąpić miejsca Zbigniewowi Bońkowi. Ten, jak wiadomo, szybko i szpetnie zrejterował, a zastąpił go (oficjalnie stało się to 20go grudnia 2002) Paweł Janas. Przed Janosikiem postawiono zadanie ratowania sytuacji w el. ME’4, mocno skomplikowanej przez Zibiego. I prawie się mu udało. A nawet – patrząc z perspektywy czasu – udało się bardzo. Bo choć ostatecznie wroniecki myśliwy kadry do Portugalii nie poprowadził, przed inaugurującym el.MŚ’6 wyjazdowym meczem z Irlandią Płn. miał na koncie, bagatela, dwadzieścia trzy spotkania w roli selekcjonera pierwszej reprezentacji. Różnie te mecze wyglądały. Bywało nieźle (Serbia, Włochy), bywało słabiutko, czy wręcz koszmarnie (Szwecja, Dania). Janas mieszał w personaliach i – jeszcze bardziej – taktyce, ale koniec końców dopracował się ekipy, która w sposób niemal doskonały eksponowała swe atuty i maskowała słabości. Wbrew pseudonimowi selekcjonera, kadra pod jego wodzą nie odbierała bogatym, ani – co najważniejsze – nie rozdawała biednym. Oba mecze z Anglią (jedynym wyżej notowanym przeciwnikiem w omawianych eliminacjach) zostały przegrane. Ale pozostałym rywalom – słabeuszom i średniakom, takim jak my – nie pozwoliliśmy uszczknąć choćby pojedynczego punkciku, wskutek czego na koniec można było się pakować i bez żadnych tam baraży jechać do Niemiec.

O tym, co w samych Niemczech, ponownie sza. Czas na dysputy o tym, dlaczego reprezentacji Polski nie wiedzie się ostatnio na wielkich turniejach przyjdzie, moim zdaniem, gdy pojawi się kolejny awansik. A na to, niestety, niewiele obecnie wskazuje. Zaznaczmy tylko tyle, że po Mistrzostwach Janas musiał – taka świecka tradycja – pożegnać się z posadą. Po nim zaś nastało dwóch (Majewskiego nie liczę) selekcjonerów, których przypadki mogłyby śmiało posłużyć za kontrargument do tezy, iż czas sprzyja pozytywnym efektom pracy najważniejszego człowieka w polskim futbolu. No bo przecież Leo Beenhakker z marszu wywalczył „historyczny” awans na Euro. Franciszek Smuda natomiast czasu miał co niemiara, a skończył, no, wiadomo. Tyle tylko, że holenderski trzepnięty dziadziunio zaciągnął w imieniu reprezentacji Polski tak gigantyczny kredyt fuksa, że spłacać go będziemy pewnie jeszcze przez długie lata. No i absolutnie nie możemy liczyć na kolejną pożyczkę, na pewno nie w takiej wysokości. Co zaś się tyczy Smudy…

Los Waldemara Fornalika jest praktycznie przesądzony. Ja się w pełni zgadzam z Jego Wysokością Królem Waldkiem, że to nieładnie wypisywać takie rzeczy, gdy kadra wciąż jeszcze ma teoretyczne szanse na awans. Co więcej, nadal jestem głęboko przekonany, że wynik kończących się wkrótce eliminacji nie powinien mieć żadnego przełożenia na kontynuację (czy raczej jej brak) selekcjonerskiej posługi Fornalika. Ostatnim – wiem, strasznie to naiwne – wierzę, że ten mizerniuchny promyczek nadziei, jaki nam jeszcze pozostał, przerodzi się w gorący podmuch, na którym pożeglujemy hen! aż do Rio. Niestety, dziennikarska i kibicowska etyka, moje osobiste przekonania, wiara wreszcie to jedno, a twarde realia to zupełnie co innego. Fornalik nie jest człowiekiem Bońka. Przynajmniej nie jest nim na tyle, by prezes PZPN własną piersią osłaniał go przed atakami nocnikarzy i tzw. opinii publicznej. Stąd też – o ile nie przytrafi się jakaś zadziwiająca sekwencja cudów – wtorkowy mecz z Anglią będzie jego ostatnim w roli selekcjonera.

Tak naprawdę nie jest istotne kto go zastąpi. Lenczyk, Nawałka, Skorża, Probierz, Nowak, Wdowczyk, etc., etc. – wszyscy oni mają swoje wady i zalety, ale summa summarum wszyscy nie są ani lepsi, ani gorsi od siebie nawzajem (i od Fornalika też nie, ale cóż). Ewentualny Prince Charming, gdyby Boniek zdecydował się na takie rozwiązanie, też będzie szkoleniowcem tej samej półki. Na lepszego najzwyczajniej w świecie nas nie stać. Ani finansowo, ani organizacyjnie, ani prestiżowo. Istotne jest, aby ten narodowy dostał czas. I to dostał go naprawdę, nie tylko w teorii. Bo w teorii owego czasu zostało całkiem sporo. Tyle, że to musi być jego czas. Czas selekcjonera na spokojną, komfortową pracę. Nie czas nocnikarzy i voxpopu na to, by rzucać mu się do gardła i obrzucać go gównem. Bo jeśli będzie tak, jak ze Smudą, który wkrótce po nominacji musiał zacząć się tłumaczyć z przegranych sparringów, to na powtórkę z czasów Engela i Janasa nie mamy co liczyć.

TO

Po czym poznać, że piłkarz TO ma? Opowiadałem już Wam o swym niegdysiejszym koledze z LZSu? Nawet jeśli, dobrego nigdy za wiele;) Gdy spotkaliśmy się w jednej drużynie (ja w środku pola, rzadziej na skrzydle, on przede mną w ataku) piszący te słowa liczył sobie siedemnaście lat i dopiero rozglądał się po przedsionku wieku męskiego. Kaziu zaś, o prawie oczko starszy, zdążył już był się ożenić, spłodzić dwóch synów, rozwieść, znów ożenić, znów spłodzić dwóch synów, znów rozwieść i znów ożenić (ze swoją pierwszą żoną zresztą). A w tzw. międzyczasie bardzo intensywnie korzystał z uroków życia. Przy czym pamiętać należy, że w klimatach rustykalnych „korzystanie z uroków życia” oznacza (a przynajmniej wtedy oznaczało) hulanie do rana na deskotekach w pobliskiej remizie (MMA live included) oraz zapijanie tanim wińskiem dwóch paczek Albatrosów dziennie. Łatwo się domyślić, iż taki styl życia odcisnął wyraźne piętno na kaziowym obliczu. Toteż choć miał chłop wówczas lat trzydzieści osiem, wyglądał lekko licząc na pięćdziesiątkę.

Taki wizaż musiał, rzecz jasna, wywoływać drwiące uśmieszki u zawodników drużyn przeciwnych. „To jest wasz najlepszy napadzior?” rechotali przed pierwszym gwizdkiem. Ów rechot urywał się jednak dość szybko po rozpoczęciu spotkania. Oczywiście, rzucanie Kaziowi piłek na dobieg kompletnie mijało się z celem, bowiem Kaziu, mimo najszczerszych chęci, zwyczajnie nie miał pary w nogach na choćby pięciometrowe sprinty. Podobnie bez sensu było liczyć, że straciwszy piłkę (a czasem się to jednak zdarzało) pomknie nasz napadzior z werwą za rywalem i na powrót mu ją odbierze. Jednak gdy tylko udawało mu się dograć do nogi, Kaziu z niebywałą gracją w miejscu mijał zwodem obrońcę (potem, w razie potrzeby, drugiego i trzeciego), a następnie posyłał piłkę akurat tam, gdzie bramkarz najmniej się jej spodziewał. A jeśli jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności okazywało się to niemożliwe, odgrywał do partnera tak, że wystarczyło dołożyć nogę. 1:0, dziękuję uprzejmie. Ceniliśmy Kazia niezmiernie. Zwłaszcza ja, bo dzięki niemu mogłem we własnoręcznie prowadzonych statystykach w zasadzie po każdym meczu dopisywać sobie kolejne asysty. Oczywiście w żaden sposób nie przeszkadzało nam to się z niego nabijać i sugerować, że gdyby tyle nie pił i ograniczył szlugi, to za młodu wziąłby go nie tylko Łomżyński KS, ale nawet jego wymarzony Juventus.

Tak mi się ostatnio ten Kaziu przypomniał, gdy spojrzałem na Saidiego Ntibazonkizę. Och, oczywiście. Nic mi nie wiadomo na temat jakiejś przesadnej wyjątkowości sytuacji rodzinnej Burundyjczyka. Nie sądzę również, aby – jako bogobojny muzułmanin – oddawał się degustacji chateau de l’yaboilles i wyrobów Zakładów Przemysłu Tytoniowego w Augustowie. Nawet oblicze skrzydłowego Cracovii nie sugeruje wcale jakoby liczył sobie więcej wiosen, niż w rzeczywistości. Nie, Saidiego życie trąciło inaczej. Niedawno przez kilkanaście miesięcy walczył z problemami zdrowotnymi (i nie tylko). Z gwiazdy Ekstraklasy, pożądanej przez jej tuzy, przeistoczył się w zawodnika, któremu klub z tzw. I ligi płaci, bo musi, a najchętniej – głównie przez presję szatni – by przestał. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się pewne, że Ntibazonkizy w pasiastym trykocie więcej nie zobaczymy. Że klub zrobi wszystko, by pozbyć się typa, który jest poważnie połamany, a granie na drugim poziomie ligowej piramidy uważa za coś poniżej własnej godności (bo przecież fakt, że sam również przyczynił się do spadku, pozostawał daleko poza obszarem jego zainteresowań). Sam typ też absolutnie nie był od tego, koledzy z szatni ochoczo pokazaliby mu drzwi, toteż – powtarzam – rozstanie wydawało się jedyną, nieuniknioną opcją, która wszystkim wokół przyniesie ulgę. Przyznam szczerze, że również na to rozstanie liczyłem. Burundyjczyk kosztował kupę kasy, kontrakt także pobierał tłusty, a na boisku prezentował się jak typowy podwórkowy zakiwajło. Jedyne, co go interesowało, to dostać piłkę, przedryblować wszystkich graczy rywala, połowę własnych kolegów z drużyny, znowu wszystkich przeciwników, a na końcu oddać strzał, który – gdyby wpadł do bramki – stałby się megahitem YouTube’a. Szkoda tylko, że niemal nigdy nie wpadał. Oczywiście, całe te wariactwa Saidiego nie raz wyglądały całkiem efektownie. Jednak z ich efektywnością, z pożytkiem dla drużyny – czemu przecież trudno się dziwić – było zazwyczaj bardzo, ale to bardzo krucho. Słowem: idź sobie stąd, chłopie, a nie wracaj więcej.

A jednak Ntibazonkiza wrócił. Wyleczył kolano i pozostałe dolegliwości, naprawił relacje z kolegami z drużyny, spokorniał i bodaj na trzy kolejki przed końcem poprzedniego sezonu pojawił się na boisku. Pamiętam, że komentatorzy Oryndż Sport utyskiwali wówczas, że to już nie jest ten sam Saidi. Że nie ma tego depnięcia, odskoku, że nie ośmiesza rywali jak kiedyś, że zagubił gdzieś dynamikę i takie tam, w podobnym stylu. Tymczasem ja tego dnia zobaczyłem nowego Ntibazonkizę, który – w przeciwieństwie do swego złego brata bliźniaka – wie, że lepiej mądrze stać, niźli głupio biegać. Dokładnie jak Kaziu. Ma świadomość, że szybciej od nóg pracować powinny neurony. No i dostrzega – wreszcie!!! – że oprócz niego na boisku przebywa zazwyczaj także dziewięciu innych piłkarzy odzianych w pasiaste koszulki. I czasem naprawdę dobrze jest podać im piłkę. Zwłaszcza, gdy gra się, mimo wszystko, w pomocy.

Ech, gdyby się tak jeszcze Saidi jakimś cudem nabawił kaziowej skuteczności…! Ale może każdego TEGO mieć nie można. No, chyba że w Juventusie.

PIENIĄDZ

Niedawno dobiegła końca moja umowa z platformą cyfrową. Nie pierwsza przecież, stąd oczekiwałem, że i tym razem będzie jak zwykle. Znaczy że na kilka tygodni przed faktem zadzwoni do mnie miła pani i zaproponuje przedłużenie umowy na jakichś ciekawych warunkach. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. W ogóle o końcu umowy dowiedziałem się przez to, że na fakturze „promocyjne” sześćdziesiąt trzy złote zamieniły się w „regulaminowe” osiemdziesiąt dwa z groszami. Nieco zniesmaczony takim obrotem spraw postanowiłem sam zadzwonić i sprawę jakoś załatwić. Pani, która odebrała, była nieco mniej miła, niż zazwyczaj. Ale może to tylko złudzenie. W każdym razie „zweryfikowawszy” mój pesel, adres taki, adres siaki, telefon i co tam jeszcze (aż dziw, że o numer książeczki wojskowej nie spytała) poinformowała mnie, że jako wieloletni abonent dostanę propozycję naprawdę wspaniałej umowy: sirka ebałt to, co miałem do tej pory plus jakiś turboodrzutowy dekoder (nie żeby mi obecnie posiadany nie pasował) na półtora roku za, bagatela, dziewięćdziesiąt dziewięć PLN miesięcznie. Czyli, przekładając z korpolskiego na nasze, za półtoraroczne utrzymanie status quo będę musiał płacić trzydzieści parę złotych więcej, niż jeszcze niedawno. No i niech mi kto powie, że multimedia tanieją.

Niesmak w moim głosie musiał przybrać naprawdę pokaźne rozmiary, bowiem pani konsultantka, cokolwiek skonsternowana, zaproponowała mi nieco tańszy pakiecik (89zł/miesiąc), jednakowoż pozbawiony kilku programów, m.in. C+ Sport. A zatem miałbym oddać kanał, który zdecydowanie najczęściej oglądam i do niedawnej opłaty dorzucić jeszcze dwie i pół dychy. No żyć nie umierać. Z całą grzecznością, na jaką było mnie stać, zasugerowałem pani, aby swą cudowną ofertę wetknęła sobie w dowolnie wybrany otwór własnego ciała, po czym się rozłączyłem.

A nie, nie piszę Wam tego, by się wyżalić. Kij w plecy, do Świąt jakoś się z tymi niespełna osiemdziesięcioma trzema złotymi przemęczę, zaś na Święta na pewno coś sensownego wymyślą. A jeśli nie, cóż, pomyślimy. Chodzi mi o coś zupełnie innego.

Jakiś czas temu płyty CD wyparły analogowe nośniki dźwięku. Dziś same kompakty coraz szybciej ustępują miejsca przeróżnym empe-ileśtam i pewnie niedługo staną się taką samą gratką dla koneserów, jak ich czarne poprzedniczki. Jesteśmy również świadkami stopniowej śmierci prasy papierowej. Napisano już na ten temat całe tomy. Dość stwierdzić, że najprawdopodobniej lada dzień czytanie tradycyjnych gazet stanie się równie popularne, co pranie na tarze. A co z telewizją?

Dla przykładu mój własny brat, niemiłosierny gadżeciarz, telewizji od lat nie używa. Ostatni telewizor wstawił do osiedlowego komisu coś w 2007mym. Od tamtej pory sport ogląda wyłącznie w sieci (lub, rzecz jasna, na żywo), seriale, których jest zapamiętałym fanem, też w sieci, a i wiadomości, rzecz jasna, nie gdzie indziej. Osobiście jestem znacznie większym tradycjonalistą. Niemniej jednak po opisanej wyżej rozmowie z konsultantką (obecnie) nc+ przeszła przez moją głowę myśl, że może by tak cisnąć tę telewizję w cholerę i całościowo przerzucić się na internet. Co by się stało, gdyby większość abonentów platform cyfrowych, kablówek i reszty poszła za takim pomysłem? Oczywiście, przyzwyczajenie dzisiejszych nasto-dwudziestoparolatków do tego, że w sieci wszystko jest za darmoszkę, nie może trwać wiecznie. Jednakowoż opłaty w necie – choćby poprzez liczebność i siłę konkurencji – muszą być niewysokie. W futbolu groziłoby to istną rewolucją.

Powszechnie wiadomo, że przychody z kontraktów telewizyjnych stanowią bardzo istotny czynnik w konstrukcji budżetów klubów piłkarskich. W Polsce jest to często czynnik dosłownie żywotny. Znaczy co najmniej kilka klubów Ekstraklasy najnormalniej w świecie by zdechło, przynajmniej w sensie ekonomicznym, gdyby nie kasa od mojego, heh, dostawcy telewizji. A zatem – nie podobają nam się obsceniczne kwoty wydawane przez kluby na transfery? Wkurzają nas astronomiczne (w zestawieniu z ich umiejętnościami) gaże grajków w naszym ukochanym klubie (dla mnie akurat drugie znacznie istotniejsze od pierwszego)? A gdybyśmy tak gremialnie przestali płacić abonament? Ciekawe co by się stało.

Wiara, Nadzieja, Miłość. I coś jeszcze.

# Wiara.

Po dwóch kolejkach świeżo otwartego sezonu 2013/4 Ekstraklasa jawi mi się skupiskiem ludzi głęboko wierzących. Przy czym nie chodzi o wiarę, która serca kościelnych hierarchów napełniłaby radością, zaś pompki – bez urazy, jakiś synonim musiałem znaleźć;) – wojujących ateuszy wprawiłaby w przedzawałowe palpitacje. Dla przykładu: Lech nad wyraz mocno uwierzył, że jedynym ligowym przeciwnikiem zdolnym sprawić mu jakiekolwiek problemy jest szanowna rywalka ze stolicy. Wskutek tej wiary Kolejorz miast sześciu punktów w pierwszych dwóch kolejkach zainkasował ledwie dwa (nie żeby mnie to do końca martwiło, ale o tym jeszcze za moment). Górnik i Korona równie głęboką wiarę położyły w tym, że Wisła jest rzeczywiście tak tragiczna, jak to się wokół plecie i na pewno da się ją oprztykać na stojąco (w przypadku kielczan – na leżąco nawet). Wiara, jak wiadomo, góry przenosi, toteż i Białą Gwiazda zupełnie nieoczekiwanie z miejsca przeniosła się w górne rejony tabeli. Zawisza z kolei zawierzył w to, że zgraja zgranych repów plus ciemnoskóry wielkolud to mikstura, która zapewni bezproblemowe utrzymanie w Ekstraklasie. No i ma. Po dwóch kolejkach tyle samo punktów, ile miał przed nimi.

Pewien znany tu i ówdzie artysta twierdzi, że wiara jest jak dupa. I jak tu chłopu nie wierzyć (sic), skoro w przypadku w/w zespołów „dupa” to przecież idealne określenie ich ligowego startu? Rzecz jednak nie tylko w kiepskich początkach Lecha, Górnika, Korony i Zawiszy (a i takie, dajmy na to, Podbeskidzie też spokojnie dałoby się wciągnąć w tę wyliczankę). W końcu sezon jest wyjątkowo długi i – póki co – wciąż wszyscy mają podstawy do wiary w sukces. Chodzi o to, że w ligowych realiach nader często znacznie lepiej od credo sprawdza się dubio.

# Nadzieja.

Z drugiej jednak strony kibic tym m.in. różni się od szarego obywatela, że ma wszelkie podstawy mówić „tak!” nawet, gdy każdy rozsądny argument wrzeszczy „nie!”. Bo futbol, sport w ogóle, jest nieprzewidywalny i często nielogiczny. Ot, taki truizm, który wielu z nas – a kibiców Cracovii w szczególności – często trzyma przy życiu i jako-takim zdrowiu psychicznym.

Umie trener Stawowy wyciągać wnioski i adaptować zespół do wymagań konkretnego przeciwnika? No… umie. Umie przy tym nie zatracić swej pasji jak najdłuższego posiadania piłki? Też umie. Umie wprowadzać modyfikacje do stylu gry opartego na wyłącznie krótkich podaniach? Patrz wyżej.

Umie Milos Kosanovic zagrać w defensywie (w de-fen-sy-wie!!!) tak, by zasłużyć na wybór do jedenastki kolejki? Umie Saidi Ntibazonkiza grać nie dla siebie, a dla zespołu? Ba, umie nawet strzelić podając. Umie Marcin Kuś myśleć tą właściwą głową? Eee… No dobra, o to zapytam inszą razą.

Umie Cracovia wlewać nadzieję w serca swych kibiców? Umie. I bardzo mnie to cieszy. Nawet, jeśli do – oby szczęśliwego! – końca sezonu jeszcze u-hu-hu i jeszcze trochę.

# Miłość.

Zawsze dobrze się czułem w damskim towarzystwie. Ba, mogę śmiało powiedzieć, że jestem błogosławiony między niewiastami. Mam wspaniałą żonę, cudowne córki, nawet z teściową od dłuższego już czasu całkiem gładko mi się układa. Większość mojego wąskiego, acz wypróbowanego grona przyjaciół to przyjaciółki. W licealnej klasie jedynym oprócz mnie chłopakiem był… mój wychowawca, na studiach było circa podobnie.

Ale to chyba nie jest jedyny powód, dla którego kocham babski futbol. Ledwie wczoraj dobiegło końca kobiece Euro. Wygrały – jak zwykle – Niemki, ale impreza była naprawdę w dechę. Mnóstwo fajnej piłki, masa ciekawych zagrań i rozwiązań taktycznych, niepoliczalne ilości emocji… No, warto było oglądać. Bardzo warto.

Wiem, większość z Was wymownie kręci teraz paluchem w okolicach skroni. Popier-ten-tego cię, a-c10, przecież babski futbol to bezładna, coś jak podwórkowa ganianina za piłką, pokraczne, groteskowe kiksy i mecze, w których niepodzielnie rządzi Pan (sic) Przypadek. Otóż jeśli tak właśnie uważacie, moi mili, to jesteście parę(naście) lat do tyłu, a kopiące panie mogłyby Wam sprawić niejedną niespodziankę. Tym lepiej, kolejny powód, by je oglądać.

Podobno jest szansa na to, by kobiece ME’17 odbyły się w Polsce. Bardzo bym się ucieszył. Znacznie bardziej, niż z chłopskiego Euro.

I tak tylko na marginesie sobie myślę, co na to zacofane turbofeminy od Kazi Szczuki i Magdy Środy.

* * *

# Zagłąbie.

Ja wiem, nieładnie naśmiewać się z czyjegoś imienia, czy nazwiska. I tak samo nieładnie kpić z klubu używając jego nazwy. Ale Miedziaki same się przecież proszą. Gdyby zebrać ich wychowanków rozsianych po całej Polsce (ba, Europie), powstałaby ekipa na miarę ligowej czołówki. Niewykluczone, że nawet mistrzostwa. Tymczasem w składzie ekipy z Lubina roi się nie od młodych zdolnych, a od patentowanych ligowych leniuchów i piłkarskiego szrotu rodem z byłej CSRS. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale trzeba było tekstu znakomitego blogera znanego szerzej jako Bartoszewsky, żeby zgrabnie ująć temat.

Ja od siebie dodam tyle, że gdy słyszę, iż winnym (kolejnego!) fatalnego startu Zagłębia jest trener Hapal, jedyną sensowną reakcją, jaka przychodzi mi do głowy, jest popukanie się w czoło. A jak się jeszcze dowiaduję, że jego następcą miałby zostać Maciej Skorża, to już wiem, co miał na myśli Kamil Wilczek występując w Lubinie z numerem 88. Szło mu o iloraz inteligencji włodarzy Zagłębia. Łączny.

Zaczęło się.

Piast – przy całej mojej doń niechęci – nie psi wacek. Wręcz przeciwnie, ekipa Marcina Brosza ma swój wyrazisty i, co najważniejsze, skuteczny styl. A to, jak na warunki Ekstraklasy, całkiem duża sprawa. OK., można sarkać, iż ów styl opiera się niemal wyłącznie na żerowaniu na błędach przeciwnika, że to typowy futbol pasożytniczy. Po pierwsze jednak, pasożytowanie – wbrew pozorom – wcale nie jest łatwą sztuką, a ekipa z Gliwic opanowała ją w stopniu bardzo biegłym. Po drugie zaś, jak to za Kanałem mawiają, football is a results business. Skoro więc results come, nie pozostaje nic innego, jak trenerowi Broszowi i jego podopiecznym przyklasnąć. Wygląda bowiem na to, że ich czwarta lokata w zeszłym sezonie nie była przypadkowa, a właśnie rozpoczęte rozgrywki, miast brutalnego powrotu do okołospadkowej rzeczywistości, mogą przynieść kolejne triumfy. Oby już w czwartek z Karabachem.

Na tle tak wymagającego rywala Pasy pokazały kawał dobrej piłki. Mogły (i powinny, o czym jeszcze za moment) co najmniej zremisować, a i ich zwycięstwo nie byłoby wynikiem rażąco niesprawiedliwym. Momentami ręce same składały się do oklasków, gdy „krakowska piłeczka” wędrowała od nogi do nogi. Mile zaskoczył Steblecki, dla którego poprzedni sezon był, wbrew oczekiwaniom, mocno przeciętny. Danielewicz pokazał, że śmiało może grać w pierwszym składzie i nie przynosić wstydu. Ba, przy większym farcie mógłby zostać bohaterem spotkania. Nieźle wyglądał Straus, przyzwoicie Bernhardt, Dąbrowski całkiem udanie wszedł w buty Sławka Szeligi. Oczywiście, to dopiero pierwszy mecz – w dodatku, mimo wszystko – przegrany, toteż nie ma co wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Także tych negatywnych, m.in. o przydatności Boljevicia do gry w ataku na poziomie Ekstraklasy. Chodzi jedynie o to, że – jak to ładnie ujął pewien znany niegdyś piłkarz, a obecnie bezrobotny trener – piłka się obroni. A piłki Cracovia pokazała wczoraj naprawdę sporo.

Tyle tylko, że – niestety! – pokazała też całą gamę grzechów znanych z poprzednich sezonów Ekstraklasy, a i tego ostatniego, pierwszoligowego, też. Dziury w obronie nieodmiennie straszliwe. Aż dziw, że Docekal i Jurado nie zostali wessani przez zionącą trzydzieści metrów przed bramką Pilarza próżnię. Może zresztą taki był plan, ale nie wypalił, bo obaj chłopy ciężkie, postawne i mocno się ziemi trzymają. Jasne, Kosanović strzelił śliczną bramkę, a Żytko, jak to ma w zwyczaju, próbował rozgrywać od tyłu, czasem nawet z niezłym efektem. Co z tego, skoro są to umiejętności wymagane od snajperów i playmakerów, nie stoperów? Może więc należałoby przesunąć w/w dwójkę odpowiednio do ataku i na rozegranie, zaś do obrony wreszcie ściągnąć kogoś, kto nie byłby tak przeraźliwie niestabilny i zagubiony? Ja serio piszę. Do końca okna jeszcze miesiąc z hakiem, zdecydowanie warto popróbować, także w temacie lewego obrońcy (scusi, Adaś, ty fajny chłop jesteś, ale w piłkę grać to za cholerę nie potrafisz).

Bo na razie, mimo porażki, jest fajnie. I ta piłka może faktycznie się obroni. I w ogóle, z tego, co do tej pory widziałem – a widziałem całkiem sporo – Pasy i Piastunki stworzyły zdecydowanie najlepsze widowisko tej pierwszej kolejki i nadzieje na więcej wcale nie są nieuzasadnione. Ale już za tydzień mecz w Poznaniu z Lechem, który po wtopie w Chorzowie – bo jak inaczej to nazwać? – raczej nie będzie myślał o jakichś tam przyjaźniach, tylko o gonieniu uciekającej Legii (sw. dr., Wojskowi też w 2giej kolejce grają z przyjaciółmi, w Szczecinie). A za kolejny tydzień na K1 przyjeżdża Ruch. Ruch, który wczoraj pokazał, że wcale nie musi zbierać w tyłek od kogo popadnie. I jeśli po tych trzech kolejkach konto punktowe Pasów będzie nadal dziewicze (a, niestety, wykluczyć tego nie sposób), to znów zacznie się nerwówka, spoglądanie wokół, szukanie winnych i takie tam. Cracovia już kiedyś przegrała na wyjeździe z Piastem (fakt, że na wyjeździe). 9go sierpnia 2008 w Wodzisławiu było 2:0. Dziesięć miesięcy później spadkowi Pasów zapobiegła tylko niesławna karna degradacja ŁKS. Oby to nie był zły omen. Tfu, na psa urok!

A, jeszcze słówko na temat tego, co jedynie mogło (i aż powinno) być. Tytuł tego tekstu to cytat – fakt, niezbyt wyszukany – z mojej małżonki. M. wypowiedziała owe dwa słowa w czwartej minucie doliczonego czasu gry. Wtedy właśnie Damian Zbozień Mateusz Matras doszedł chyba do wniosku, że skoro uparcie nikt go nie chce do futbolowej kadry powołać, to on spróbuje swych sił w siatkówce. Nie wiem jak specjaliści od tej pięknej dyscypliny ocenią jego jednoręczne przyjęcie. Nie znam się. Wiem za to, że arbiter (ponoć jak najbardziej piłkarski) stał dziesięć, góra dwanaście metrów od zajścia i wzrok miał zwrócony we właściwą stronę. Zresztą, rzecz nie tylko w niepodyktowanym karnym. Obie ekipy grały wczoraj może bez brutalności, acz także bez przesadnego respektu dla kończyn rywala. Jak to się ładnie mówi: na pograniczu faulu, co przecież często skutkuje wyprawami na drugą stronę przepisowej kreski. I w porządku, mnie to nie przeszkadza. Dlaczego jednak bilans żółtych kartek przedstawiał się: Cracovia 4, Piast 0? Cóż, podobno rok temu sędzia Radkiewicz był na Ekstraklasę za gruby. Wygląda na to, że nadal jest za głupi. Zaczęło się. Pasy znów w Ekstraklasie, tzw. sprawiedliwym znów to nie na rękę (sic). Może i powinienem się przyzwyczaić, ale jakoś nie potrafię.

* * *

Miałem już o tym nie pisać, bo – jak zazwyczaj – znakomicie tematem zajął się Airborell. Trudno jednak wytrzymać wśród tego powszechnego jazgotu o – uwaga! – szacunku, a raczej jego braku.

Wspominałem Wam już parokrotnie, że w swych latach chmurnych i durnych pykałem sobie w LZSie. Kiedyś przed sezonem (powtarzam: przed sezonem!) graliśmy sparring z rezerwami lokalnego potentata. I nawet wygraliśmy. Ba, jam to, nie chwaląc się, w jakiejś części sprawił strzelając jedyną bramkę spotkania. I byłem wściekły. Nie no, gol jak gol, z tego, co pamiętam, zgarnąłem bezpańską piłkę na dwudziestym metrze, gruchnąłem ile Bozia młotka w nodze dała, no i wpadło. Meczyk ogółem też niczego sobie. Szło mi o to, że trzeba było towarzyskiego starcia z rezerwami (bardzo rezerwowymi) największego klubu województwa (tego starego, jednego z 49ciu), aby lokalne media raczyły zauważyć istnienie mojego klubu. No i mnie samego, rzecz jasna. A przecież w poprzednim sezonie strzeliłem siedem bramek, w większości dających bardzo konkretne punkty! Czemu więc na pojawienie się własnego nazwiska w gazecie musiałem czekać aż do tego jednego, niewiele wartego kopnięcia? Że od złości do czynów było wówczas u mnie nader blisko (pisałem już, że jako małolat byłem porządnie szurnięty?), poszedłem do redakcji największego okolicznego dziennika (rzecznika prasowego jakoś nie mieliśmy) i wyłożyłem czarno na białym ludziom zajmującym się tam sportem co dokładnie sądzę o ich rażącym braku profesjonalizmu.

Od tamtego momentu minęło grube naście lat, przez które mój dystans do otaczającego świata wzrósł niepomiernie. Tak sobie jednak myślę, że gdybym był piłkarzem Lechii, to i dziś bym się wściekł, że media (ogólnopolskie!) traktują mnie jak byle śmiecia z pipidówy. Że na co dzień koncertowo olewają moje ligowe zmagania, poświęcając im ledwie półsłówka, zaś dostają spazmów, bo Sama Wielka Barcelona miała przyjechać, a nie przyjedzie. No jak śmiała! Że tam jakiś Tito znowu dostał raka? A co nas to obchodzi, brak szacunku, brak szacuuunkuuu…!!!

Ratuuunkuuu…!!! Czasem wstyd mi, że jestem Polakiem. Nie dlatego, że moi rodacy klaszczą przy lądowaniu samolotu. Uważam to za całkiem sympatyczny zwyczaj, choć sam latam bardzo rzadko i zazwyczaj podczas całej podróży jestem skamieniały ze strachu i nie wykonuję żadnych ruchów rękoma. Nie z tysiąca innych powodów rzekomo sprawiających, że Wspaniała Cywilizowana Zagranica nami pogardza. Dlatego, że gardzimy sami sobą na własne życzenie sprowadzając się do pozycji zawszonego kundla łaszącego się do humorzastego pana w nadziei na okruszki z jego stołu.

Rżnięcie Piły (audycja trzecia).

Etap 0: End of my Rope

Muszę się przyznać, że bardzo lubię Biohazard. Wiem, wiem. Z gruba ciosane riffy, takie łojenie gitarami na oślep po głowie, ale mnie się to po prostu podoba. Zwłaszcza w takich momentach, jak 30go kwietnia 2012, gdy po przegranych derbach stało się już absolutnie jasne, że Cracovia opuszcza Ekstraklasę. Jasne, ówczesny trener Pasów, Tomasz Kafarski, coś tam jeszcze klepał jak potłuczony o jakichś szansach (w domyśle: przy zielonym stoliku), ale osobiście jestem much too fool to swallow my pride i perspektywa kolejnego zakulisowego utrzymania wydawała mi się znacznie gorsza od samego spadku.

Ostatni będą pierwszymi.

A skoro tak, nie sposób nie zacząć od Polonii Bytom i nie zagrać im Who We Are z repertuaru Machine Head. Dlatego, że to właśnie bytomska Blaugrana była pierwsza do spadku. Przypomnijmy, że w zasadzie to spadła już sezon wcześniej, ale że Radzionków nie dostał licencji, koffany PZPN postanowił zrobić jej niedźwiedzią przysługę i kazać przechodzić degradacyjne męki raz jeszcze. Podopieczni Jacka Trzeciaka znieśli te tortury z klasą i honorem. Od startu wiadomo było, że ich utrzymanie nie tyle będzie cudem, co jest niemożliwością, a sukces dla tych mocno nieopierzonych i nieopłacanych piłkarzy stanowić będzie każdy mecz, w którym nie dostaną manta. Manto dostawali z rzadka, pod koniec zakrawali nawet na rewelację rozgrywek, toteż głupio nawet zakrzyknąć „Gloria Victis!”, bo i niby jacy oni tam victis? Niech sympatyczny początek i koniec utworu w wykonaniu młodych Flynnów oraz sekcji smyczkowej będzie takim sygnałem nadziei dla Polonii. Ona równie jak imienniczka z Warszawy zasługuje na to, by być restituta.

Zanim jednak tak się stanie, pora przedstawić następny w kolejce do spadku Łodzki KS. I zapodać nieśmiertelny fragment z Far Beyond Driven Pantery – I’m broken. O głównym riffie z tego kawałka da się od lat powiedzieć tyle, że jest niezmiennie zajebisty. O biało-czerwono-białych można w zasadzie niewiele dłużej. Od lat (fakt, nieco krótszych) klub nie tyle igrał z organizacyjną śmiercią, co próbował wszem i wobec wciskać naiwniutki kit, że wcale-a-wcale nie jest martwy. Cóż, jest. Pogrzeb nastąpił po 22giej kolejce. Szkoda, że tak późno, bo to zasłużone truchło od dawna zasługiwało na godny spoczynek. Teraz, podobnie jak poprzedniczka, zasługuje na powstanie z popiołów. Ale czy to się uda? A jeśli tak, to kiedy?

Wyciągamy ‘F.B.D.’ z odtwarzacza i zapodajemy coś znacznie świeższego. Godsmackiem zaraziła mnie kiedyś moja małżonka. I wielcem jej wdzięczny, bo zacna to kapela, nawet jeśli, hmmm…, nie zawsze politpoprawna. Cryin’ Like a Bitch, numer otwierający longa The Oracle, kapitalnie określa mój stosunek do pani prezes-eksmodelki-celebrytki. I tylko Zielonych żal.

Etap 1: Trippin’ Into Unknown Lands

Naleśnik pojawił się już w audycji numer 2, nawet z tej samej płyty. Ziemie, na które zapuściły się Pasy z początkiem sezonu, może tak do końca nieznane nie były. Trochę zupełnie świeżych terenów (ŁKS, Arka, Polonia), kilka dawno nie widzianych, acz też łatwych do skojarzenia (GieKSa, Zawisza, Miedź, Stomil). Generalnie jednak, po ośmiu latach w Ekstraklasie, spadek oznaczał podróż w nieznane. Może niezbyt wesołą, żadna tam wakacyjna objazdówka, wciąż jednak na swój sposób intrygującą. Zwłaszcza, że dwa pierwsze spotkania z różnych przyczyn zostały przełożone.

Będziemy wygrywać? Wreszcie? Ale jeszcze pamiętamy, jak to się robi? Awansujemy gładko, tnąc kolejnych tzw. pierwszoligowców seriami krakowskiej tiki-taki? A może (brrr!!!) wciąż to nas będą łoić i przyjdzie nam (bo niby dlaczego nie?) zlecieć szczebel niżej? Takie i podobne pytania kłębiły mi się po głowie podczas pierwszych kilku etapów pospadkowej podróży. Na szczęście okazało się, że choć co prawda tzw. I liga nie taki znowu parzaczek, to jednak jakoś (nawet częściej lepiej, niż gorzej!) sobie radzimy. A z K1 to już w ogóle udało się stworzyć prawdziwą twierdzę.

It Makes Them Disappear.

I znów Pantera, tym razem z Reinventing the Steel. Okocimski KS, Sandecja, Bogdanka, Olimpia i Kolejarz to zespoły, o których nie potrafię napisać praktycznie nic. Przypominają mi się jakieś skrawki meczów, jakieś momenty, ale tak naprawdę…

Etap 2: Rise

Robert „Litza” Friedrich wyznał niegdyś, iż w czasach swej młodości podejrzewał, że Black Metal to metal grany przez Murzynów. No to macie, Państwo Mili, Bad Brains, Black Metal najwyższej próby. Etap pierwszy za nami, nieznane lądy oswojone, do końca jesieni jeszcze ładnych kilka kolejek. To co, idziemy w górę? Prawie się udało. Do dziś się zastanawiam, co by było, gdyby Cracovia zimowała na fotelu lidera. I wciąż nie mam pewności, że byłoby fajnie. Ale kawałek śliczny, nie?

Refuse/Resist.

Stomil Olsztyn to najbardziej nieprzyjemna, przynajmniej w moim odbiorze, ekipa zeszłego sezonu tzw. I ligi. Znaczy nie, żebym miał coś naprzeciw ‘Denaturat Boys’. Po prostu, zwłaszcza wiosną, był to taki piłkarsko-warmiński ruch oporu. Jeńców raczej nie brali, gardła podrzynali precyzyjnie, acz brutalnie, o czym boleśnie przekonała się Cracovia. Przed spadkiem się utrzymali. Wielu sympatyków – w tym mnie – sobie zaskarbili. Czego chcieć więcej?

Etap 3: Falls Apart

Stabbing Westward to ja już Wam przedstawiałem, nie? Załączony numer świetnie obrazuje początek rundy wiosennej w wykonaniu Pasów. Było nieźle, miało być super, a tu ni z gruchy, ni z pietruchy (no, powiedzmy) wszystko sypie się w oczach. Z zapowiadanych zimowych transferów do klubu wyszedł kabaret (skąd my to, kurza morda, znamy?) w postaci zatrudnienia Ociosanka bis vel Michał Zieliński i jakiegoś Romanowa, który jednak niestety za cholerę nie chciał zostać carem polskich boisk. Twierdza przy Kałuży zaczęła się chwiać, trząść, aż wreszcie każdy niemal mydłek przyjeżdżał tam jak po swoje. Larum grają, panie Stawo… eee… Wołodyjowski! I żadnym „nic to, Baśka” się Asan nie wykręcisz.

Wait and Bleed.

Musiałem to zagrać. Po prostu musiałem. Na cześć GieKSy, Miedzi i Arki, które siedzą w swych skorupach, krwawią pamięcią i czekają na lepsze czasy. Dwie ostatnie mogą się wkrótce doczekać. I, szczerze powiedziawszy, nie miałbym nic naprzeciw. Pierwsza jeszcze sobie poczeka, zanim uda jej się rozsupłać węzełek zobowiązań, organizacyjnego zamętu i innych takich. I tak mają dobrze, że ich King Nothing opuścił (patrz audycja 2). A Denissa Rakelsa w pasiastym trykocie chcę bardzo. Oj, bardzo.

Old.

To też musiałem zagrać. Gdy usłyszałem ten kawałek po raz pierwszy – rrrany, jak ten czas leci! – ścięło mnie z kopyt. I ścina mnie do dziś, choć słyszałem go już krokodylion razy, choć gram go sobie często dla relaksu, choć używam go nawet jako budzika w telefonie. Podobne wrażenia wywołuje we mnie Piotr Rocki. Która to już młodość tego piłkarza, ten ostatni sezon? Siódma?

Skoczny.

A teraz coś na cześć mojego ulubionego z „pozostałych” siedemnastu zespołów tzw. I ligi. Dolcan Ząbki uosabia żywot klubu poczciwego. Gra sobie na 2gim poziomie, nie ma ani przedspadkowych obaw, ani awansowych ambicji, poprzeczek co rusz nie wznosi, ale podskoczyć od czasu do czasu potrafi najlepszemu. O czym boleśnie przekonała się Cracovia. Z takich właśnie ekip powinna się składać zdrowa tkanka tzw. I-ligowej społeczności.

Etap 4:Disconnect

Przed rozpoczęciem sezonu pisałem, że nie uznaję błyskawicznego powrotu Pasów do Ekstraklasy za absolutną konieczność. Jednak w miarę, jak sezon trwał, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że zwyczajnie głupio byłoby nie awansować. Nadzieja na promocję – czasem wbrew wszystkiemu – rosła we mnie, rosła, aż wreszcie… Aż wreszcie zaczęła się mocno chwiać i przyprawiać mnie o ból żołądka. 29go maja Cracovia wygrała na wyjeździe z Sandecją po koszmarnym błędzie Marcina Cabaja, co oczywiście wywołało lawinę szydery o „zgodowych” układach. Tylko jakoś wszyscy zapomnieli, że Cabaj nie jest przede wszystkim ekspiłkarzem Cracovii, a właśnie Cabajem. Trzeba dalej tłumaczyć? Trzy dni później Pasy uległy u siebie tyskiemu GKSowi, a ja wpadłem w taki nastrój, że najchętniej bym się wówczas od wszystkiego odłączył.

Unwilling to Explain.

Płytkę Sore dorwałem w ręce (i uszy) naście (oj, ładne naście!) lat temu z polecenia kolegi, który stwierdził, że muzyka jest tak nieprzyjemna w odbiorze, że aż przyjemna. Z Flotą i Termaliką jest jakby odwrotnie. Znaczy przyjemnie jest sobie popaplać, że i jedni, i drudzy zwyczajnie nie chcieli (nie pierwszy raz zresztą) awansować. Mniej przyjemnie robi się wtedy, gdy zapytać kto konkretnie nie chciał i w zasadzie dlaczego. Działacze, z braku perspektyw otrzymania licencji? Ale przecież przynajmniej Termozagadka licencję na Ekstraklasę ostatecznie jednak dostała. Gracze, z perspektywy wymiany składu po awansie? Ale wymiany na kogo? Żeby nie było: mnie też nie chce się wierzyć w to, że (znów: nie pierwszy raz) można w tak frajerski sposób przerżnąć awans. Jednak powszechnie dostępne wytłumaczenia postawy obu klubów wydają mi się zdecydowanie za łatwe.

Mr Jack.

A w zasadzie Mr Taraś. Początkowo miało tu iść Hypnotize, również z repertuaru SOAD, jednak zapodany utwór wydaje mi się jeszcze bardziej hipnotyczny. Jurij Szatałow, nieodmiennie jeden z moich ulubionych szkoleniowców, połamał sobie zęby na Zawiszy. Ryszard Kaszpirowski przyszedł, powiedział „adin, dwa, tri…” i Zawisza awansował. Jakaś nieczysta siła w tym tkwi.

Etap 5: Find my Way

P.O.D. to kolejny zespół, którego twórczością zaraziła mnie żona. Wcześniej, przyznaję szczerze, uważałem chłopaków za takie miękkie, oazowe towarzycho, parafialną scholkę z dreadami na głowach. Ale jak się wsłuchałem… Cóż, mam taką prośbę do potrafiących obsługiwać gitarę: spróbujcie pobrzdąkać sobie prowadzący riff z tego kawałka i nie podskakiwać do taktu. Niepotrafiący też mogą spróbować, rzecz jasna bez grania;)

Wierzyłem w ten awans. Czasem mocniej, czasem słabiej. Czasem tę wiarę przygniatała hałda rozpaczy. Ostatecznie jednak udało się. Trochę mi głupio ilustrować moją radość kawałkiem o tak jednoznacznym duchowym znaczeniu. Mam nadzieję, że zbyt słono kiedyś tam za to nie zapłacę.

* * *

Na koniec z innej mańki:

Gdzieś na początku lat 90tych zaginął mój młodszy kolega z podwórka. Internet był wówczas – przynajmniej w mojej okolicy – zjawiskiem kompletnie nieznanym, a o zbuku i innych takich to już w ogóle przecież nikt nie słyszał. Zatem gdy rodzice chłopaka nie mogli go znaleźć na własną rękę, obeszli pozostałe sto cztery mieszkania w bloku i poprosili sąsiadów o pomoc. Część, rzecz jasna, sprawę olała, część z tych, czy innych powodów nie mogła, większość jednak rozsypała się po szeroko rozumianej okolicy i zaczęła szukać. Chłopaka znaleziono po niespełna godzinie. Bawił się na terenie pobliskiego szpitala, wpadł do jakiegoś dołu, skręcił kostkę i nie mógł samodzielnie wyleźć. A wrzeszczeć nie chciał z obawy przed miejscowym cieciem. Ojciec wypłacił mu klapsa żeby na przyszłość nie szlajał się gdzie nie trzeba, matka przytuliła go do piersi, a sąsiedzi odetchnęli z ulgą i wrócili do domów. Jeszcze nasza mama palnęła nam kazanie (wraz z rodzeństwem i przyjaciółmi też lubiliśmy się bawić „na szpitlaku”), po czym do wieczora wszyscy o sprawie zapomnieli.

Nie, nie chcę się bawić w naiwny paniedzieizm. To nie tak, że kiedyś było lepiej. Mój blok, dla przykładu, stał na granicy czegoś, co w naszym mieście określane było mianem trójkąta bermudzkiego. Wiecie: łatwo wejść, znacznie trudniej się wydostać. Nie raz i nie dwa moje podwórkowe towarzystwo było bite przez swoich rodziców. Nie raz i nie dwa widziało, jak ci rodzice biją się nawzajem w alkoholowym upojeniu. Nie raz i nie dwa uciekało do (akurat) trzeźwych sąsiadów (m.in. do nas) szukając schronienia. Rozumiecie, różnie bywało. Ale w razie czego, szukało się dziecka, nie gratyfikacji.

Tak mi się przypomniało po notce Bartoszcze.

I jeszcze z innej:

Nie jestem fanem sióstr Williams. To taki eufemizm. Tak naprawdę gdy tylko natknę się na mecz którejś z nich, automatycznie staję się kibicem przeciwniczki. Chyba, że akurat grają przeciwko sobie. Wtedy wyłączam telewizor.

Jeszcze mniej jestem fanem pani poseł Krystyny Pawłowicz i innych dekli utrzymujących, że kobieta może strojem prowokować do gwałtu. Gwałt to jest, mili moi, skurwysyństwo (wiem, miałem nie kląć). Jeśli masz problemy ze sztuką uwodzenia, a rozpiera cię chuć, to zostają ci tak naprawdę dwa wyjścia: a) podszkolić się nieco; b) zaznajomić się z najbliższą agencją towarzyską, a w ostateczności z kol. Renią Rąsiewicz. Ale gwałcić nie wolno, bo inaczej niedługo ciebie gwałcić będą – i zupełnie zasłużenie! – różne zbiry w zakładzie karnym.

To napisawszy uważam, że Venus ma sporo racji, a wykorzystana przez szkolnych futbolistów nastolatka jest w dużej mierze sama sobie winna. Jak włazisz po pijaku do wody, istnieje duże prawdopodobieństwo, że się utopisz. Prawda? Prawda. Jak siadasz po pijaku za kierownicę, istnieje spore prawdopodobieństwo, że się (żeby tylko się) zabijesz. Prawda? Prawda. Jak jesteś facetem i po pijaku łazisz po zmroku po „trudnych” dzielnicach, istnieje spore prawdopodobieństwo, że ktoś pozbawi cię wszystkiego, co masz przy sobie, a przy większym niefarcie może i poderżnie gardło. Prawda? Prawda. Jak jesteś kobietą i po pijaku włóczysz się po knajpach z nabuzowanymi samcami, istnieje spore prawdopodobieństwo, że owe samce spróbują tę sytuację – i ciebie – wykorzystać. Prawda?

Alkohol (jak i inne używki) jest dla ludzi. Ale nie zawsze i nie dla wszystkich ludzi.

A tak już zupełnie na koniec…

…chciałbym się z Wami podzielić czymś, co od ładnych paru dni nieustannie za mną łazi. Wilki Dwa.

Pani Basia, kogut i meteopaci.

W zasadzie nasze kontakty powinny się były ograniczać do kilku minut. Zabrać fakturę, podpisać co trzeba, spytać o bieżączkę i siup, do widzenia. Taki scenariusz zdarzał się jednak niezmiernie rzadko. Zazwyczaj bowiem, gdy tylko przekroczyłem gościnne progi owego zacnego przedsiębiorstwa, jego szefowa, zażywna jejmość w okolicach pięćdziesiątki, natychmiast parzyła kawę, wyciągała jakieś ciacha i… Zaczynało się. „Miło pana znowu widzieć, panie a-c10! Jakże się miewa małżonka? A córka? Zdrowo rośnie? Cóż za wspaniałe dziewczę, taka rezolutna, uśmiechnięta… Proszę się częstować keksikiem. Siostra upiekła na imieniny. Pyszny jak zawsze. A wie pan co? Ostatnio w urzędzie miasta spotkałam naszą wspólną znajomą…” I tak przez następne pół godziny, albo i lepiej.

Nie żeby mi to kiedykolwiek przeszkadzało. Kawę pani Basia parzyła naprawdę fenomenalną, ciacha też zazwyczaj smakowały niczego sobie, a półgodzinna przerwa w pracy – w dodatku uzasadniona koniecznością utrzymywania dobrych relacji z kontrahentem! – rzecz zawsze miła i przydatna. Niestety, jak się zapewne domyślacie, piękny klimat szybko trzasł. Firmę ze szczętem zeżarł kryzys i konkurencja, która – ach, szuje niemyte! – przychodziła do pracy pracować, a nie prowadzić sympatyczne pogaduchy przy keksie i latte machhiato. A może pani Basia po prostu doszła do wniosku, że sensowniej jej będzie organizować podobne spotkanka na stopie prywatnej? Przynajmniej od Zakładu Utylizacji Szmalu oganiać się nie trzeba.

Jakiś czas temu Ludovic Obraniak doszedł do wniosku, że sensowniej będzie, jeśli nie będzie się już stawiał na zgrupowaniach reprezentacji Polski. Co to ma wspólnego z panią Basią? I nic, i całkiem sporo, ale o tym za chwilę. Od rezygnacji Żyrondysty z gry dla Biało-Czerwonych minął już miesiąc z okładem, nie ustosunkowałem się do tej pory do tej kwestii, bowiem zwyczajnie nie miałem czasu. Dla mnie jest to wieść w dwójnasób smutna. Po pierwsze, z czym się nigdy nie kryłem, uważam, że graczy środka pola z potencjałem Obraniaka ze świecą szukać w zbiorze piłkarzy uprawnionych do reprezentowania naszych barw. Co by jego krytykanci nie mówili, w każdym, nawet słabszym występie Ludo pokazywał dwa-trzy ciekawe, ofensywne zagrania. Czyli często o dwa-trzy więcej, niż jego boiskowi partnerzy. Nierzadko te zagrania okazywały się asystami, a jak bardzo nam asyst brakuje – widać było w Kiszyniowie. Po drugie, uważam iż skoro słówko się rzekło, to płot jest, a i kobyłki nie brakuje. Taka decyzja, raz podjęta, powinna mieć skutek dożywotni i nie wyobrażam sobie, abyśmy naszego kogucika jeszcze w koszulce z Orłem zobaczyli. No bo kto to, przepraszam, słyszał, żeby reprezentant wybierał sobie, u którego selekcjonera chce grać, a u którego niekoniecznie?! Jasełka.

No właśnie: jasełka. Przypadki pani Basi i monsieur Obraniaka łączy praca. On już dla dobra Biało-Czerwonej pracować nie będzie, ona od dłuższego już czasu nie pracuje na dochody swej firmy/dobre samopoczucie swych gości (niepotrzebne skreślić). Ale łączy je też atmosfera. Pani Basia wytwarzała jej aż w nadmiarze. Ludo z kolei zagęszczenie atmosfery rzekomo zmusiło do odejścia z kadry. A bodajże przedwczoraj na antenie orange sport, rzekomo poważny dziennikarz Michał Kołodziejczyk stwierdził z marsową miną, że zadaniem (głównym!) selekcjonera reprezentacji Polski powinno być… wytwarzanie atmosfery.

Ja już kiedyś o tym pisałem. Meteopatia to nasza choroba narodowa. Jeśli jakąś panią Ziutę napierdziela palnik, to wcale nie dlatego, że śpi na krzywym łóżku z poduchą wielkości wieloryba, a jak nie śpi, to godzinami gapi się w telepudło, tylko przez ciśnienie atmosferyczne. Jak panu Kazkowi serducho łomocze jak oszalałe, to nie przez to, że pan Kazek jara czterdzieści szlugów dziennie, ma pięćdziesięciokilową nadwagę, zaś na obiad wciąga schaboszczyka z ilością tłuszczu wystarczającą do obdzielenia sześciu niedźwiedzi, a wiadomo – ciśnienie! Kiedy jakaś nasza drużyna piłkarska (klubowa, reprezentacyjna – wsio rawno) zgarnia manto od jakichś ogórasów, to to też jest przez tę, no, atmosferę, tak? Co ciekawe, pogląd Kołodziejczyka podzielił również obecny w orange’owskim studio Arkadiusz Onyszko. Ciekawe, bo on sam ledwie chwilę wcześniej biadolił nad tym, że Martinowi Kobylanskiemu i spółce nie chce się przyjeżdżać na zgrupowania młodzieżówki. A jak, kurza jego morda, ma im się chcieć, skoro przykład idzie z góry, a góra nader dobitnie pokazuje, że kadra – taka, czy siaka – jest tylko uciążliwym dodatkiem do kariery klubowej?

Nie no, ja rozumiem. Znacznie przyjemniej wstawać rano do pracy z myślą „o, super, znów się zobaczę z Adamem, Czarkiem, Majką i Stefą!”, niż z grymasem odrazy wywołanym perspektywą spotkania z tymi nudnymi skurwysynami, Boziu, czym ja nagrzeszyłem, że pokutuję przez ich towarzystwo?! Tyle, że podobne myśli należy spuszczać wraz z, excusez le mot, porannym sikiem. Bo to właśnie jest profesjonalizm. Robię swoje. Najlepiej jak potrafię. Od początku do końca. I to bez względu na to, czy towarzyszy mi przyjaciel od serca, czy gnojek, którego ochoczo powiesiłbym na jego własnych flakach. Jak na moje, reprezentant Polski może nie śpiewać Mazurka. Może, w cholerę, w ogóle go nie znać. Może nie czuć najlżejszego choćby drżenia pod mostkiem na widok Bieli i Czerwieni. Ale jeśli nie będzie zachowywał się jak profesjonalista, to na nasza kadra prędzej raczej, niż później, skończy jak firma pani Basi.

pees.
W pewnym momencie Kołodziejczyk zaczął wyliczać kto był, a kto nie na wieczorze kawalerskim Roberta Lewandowskiego i z tego wyciągać wnioski odnośnie słabej gry kadry. No przepraszam, ja pierdolę. Nie dość, że jasełka, to jeszcze dziwki na stole. Nawet nie czuję, jak mi się rymuje.

pepees.
Puchar Konfederacji (każdy, nie tylko ten bieżący) traktuję jako rozgrywki kompletnie sparringowe i rzadko kiedy przesadnie się nimi interesuję. Ale dzisiejszy mecz Włochy-Japonia tak mi podniósł tętno, że chyba jeszcze spada. Działo się, prawda?

Rżnięcie Piły (audycja druga).

T-ME TOP 16 2012/13

6. Polonia Warszawa (42 pkt., 11 zw./9 rem./10 por., bramki 45:34)

Metallica, King Nothing

Ostatni sezon istnienia tworu zwanego DyskoPolo przyniósł taki koniec, jakiego można się było spodziewać już od lipca 2008. Użytą przeze mnie niedawno przestrogę careful what you wish (dziękuję Garmowi za obywatelską korektę) polonijni kibice powinni byli już wtedy wyryć sobie głęboko w sercach. To smutne, ale teraz mają dokładnie to, czego chcieli.

O, jasne, na początku był cysorz Josef. I – jak to cysorz – klawe miał życie. Żonglował trenerami, przeciętnym grajkom wypłacał tony pieniędzy, po czym zsyłał ich na kokosowe nicnieróbstwo, słowem: wesoło się działo w państwie dyskopolskim. Tyle że rok temu cysorzowanie się Josefowi znudziło i poszedł sobie, no, właśnie tam, a w jego miejsce nastał Król. Przejście z cesarstwa na królestwo to już jakaś tam degradacja. Co gorsza, szybko okazało się, że Król jest nagi. Goły. Golusieńki niczym turecki święty. Na szczęście jedynie metaforycznie, finansowo i pan Ireneusz nie pomykał po stadionie przy K6 w stroju Adama, bo to już w ogóle byłaby koszmarna poruta.

Oczywiście, sportowo zespół się obronił. Zająć w takich warunkach szóste miejsce w Ekstraklasie to wyczyn nie w kij dmuchał i co najmniej kilku chłopaków – na czele z trenerem Stokowcem – pewnikiem już niedługo powetuje sobie miesiące grania za darmoszkę. I niech to będzie jakiś jasny prognostyk na odbudowę prawdziwej Polonii. Za którą, rzecz jasna, mocno trzymam kciuki.

16. PGE GKS Bełchatów (31, 7/10/13, 24:38)

Flapjack, Onion Tears

Najbardziej sztuczny klub Ekstraklasy wreszcie się z Ekstraklasą pożegnał. Ja wiem, że to nieładnie cieszyć się z cudzego spadku. Zwłaszcza, gdy samemu niedawno przeżyło się degradację swojego klubu. Wybaczcie mi jednak, kibice Bełchatowa (wszyscy trzej), nie mogę się powstrzymać.

Ładnieście, chłopcy, grali wiosną. W nagrodę za to fragment jednej z lepszych – nie tylko jeśli chodzi o ciężkie granie – polskich płyt, jakie w życiu słyszałem. A teraz idźcie już sobie. I nie wracajcie.

15. Ruch Chorzów (31, 8/7/15, 35:48)

Acid Drinkers, Rattlesnake Blues

Nie Jack, co prawda, a Waldemar, Fornalik zresztą, zaczął się bawić w selekcjonera i już po niespełna roku wylądował w ciemnym lesie. Jego ekspodopieczni zaś przez cały sezon wyglądali tak, jakby opili się wody z bardzo zatrutej studni. Kij tam już z tym zeszłorocznym wicemistrzostwem. Klubowi postury Ruchy zwyczajnie nie przystoi utrzymywać się w lidze jedynie wskutek licencyjnego zamieszania i minimalnie lepszego bilansu bezpośrednich spotkań z nieszczęsnym Bełchatowem.

Teraz na Cichej wymyślili, że w przyszłym sezonie w niebieskich wdziankach prezentować się będą jedynie Polacy. Taaak. Bo it was them, bloody foreigners, who must of infected the poison.

14. Podbeskidzie Bielsko-Biała (32, 8/8/14, 39:43)

Sweet Noise, Believe

No, śmiało, łapki w górę, kto w nich wierzył. Las rąk widzę normalnie. Nie mam pojęcia kto bardziej przysłużył się do utrzymania „Górali” – Dariusz Kubicki, który zrobił im formę, czy Czesław Michniewicz, który jakimś cudem tę formę utrzymał? Nieważne. Liczy się to, że klub z B-B przetrwał psim swędem swój drugi, podobnież najtrudniejszy sezon w Ekstraklasie i sposobi się do trzeciego. Powodzenia!

13. Widzew Łódź (33, 8/9/13, 30:41)

Ugly Kid Joe, Cats in the Cradle

Zaczęło się nadspodziewanie pięknie. Widzewiacy w pierwszych pięciu kolejkach wywalczyli aż trzynaście punktów i w Łodzi zaleciało sensacją. Szybko się jednak ten zapach ulotnił. I nic dziwnego, nie od dziś wiadomo, że w chwili obecnej Widzewa nie stać na jakieś Sturmy i Drangi po zaszczyty. Celem klubu ma być spokojne utrzymanie (w miarę się udało) i promocja zdolnej młodzieży.

Ale skoro tak, bardzo dziwne, że tak łatwo pozwolono odejść Mariuszowi Stępińskiemu. Ja rozumiem – kontrakty, przepisy i te rzeczy. Ale przecież istnieje, mimo wszystko, całkiem szeroka gama sposobów na zatrzymanie u siebie co bardziej wartościowych młodziaków i sprzedaż ich nie za marne grosze zwane ekwiwalentem, a za konkretne pieniąchy. Wyskok tego kotka z kołyski może zdrowo RTS kosztować. Zwłaszcza, że w Łodzi przecięto wreszcie (chyba) węzeł idiotycznych sporów, pustych obietnic i bzdurnych przepychanek i ustalono coś w kwestii stadionów. To mianowicie, że Widzew całkiem niedługo będzie miał nowy, o ile dobrze pamiętam, dwudziestoparotysięczny obiekt. Na kogo ludzie tam przyjdą? Na Sebastiana Dudka?

12. Pogoń Szczecin (35, 10/5/15, 29:39)

Biohazard, A Way

Wyciągnięty z objeżdżanego niegdyś przez krytyków, a memu uchu akurat całkiem miłego „Polowania na Lwy”, kawałek całkiem ładnie obrazuje sezon 12/13 w wykonaniu Portowców. Niebo, z początku jasne, w drugiej części rozgrywek zasnuło się gradowymi chmurami i Pogoni groził taki sztorm, że ho-ho. Trzeba było desperacko szukać drogi wyjścia z kryzysu, bo podobno w razie spadku ekipa ze Szczecina mogłaby łacno podążyć ścieżką wytyczoną przez Łódzki KS. Tonąc chwycono się brzytwy w postaci zatrudnienia banity Wdowczyka. Eks-sprzedawczyk zespół w Ekstraklasie utrzymał. Trudno mu jednak będzie wrócić na salony i to wcale nie przede wszystkim ze względu na korupcyjną przeszłość. A Pogoń w przyszłym sezonie czeka bardzo, baaardzo trudny rejs, przy którym opłynięcie Hornu jawi się jako kajakowy spacerek po Pilicy.

11. Korona Kielce (36, 9/9/12, 32:37)

Cypress Hill, Another Body Drops

W latach mej młodości ulubiony rapowy skład wszystkich metaluchów. A Korona to w tym sezonie był mój ulubiony zespól do oglądania w Ekstraklasie. Zgraja wariatów, bandytów i w ogóle neandertali, ale patrzy się na nich przyjemnie, nieprawdaż? I dlatego dobrze, że nie spadli.

10. Jagiellonia Białystok (37, 8/13/9, 31:45)

Stone Temple Pilots, Sex & Violence

Miał być sexy football, ładnie grająca drużyna, przygotowywana do występów na piękniejącym (powoli, bo powoli) stadionie. Wyszło raczej violence. I na boisku (68 żółtych i 12(!) czerwonych kartek), i poza nim, gdzie często ponoć dochodziło do tarć między Tomaszem Hajtą i jego podopiecznymi. Czy odejście byłego stopera m.in. Górnika i Schalke z funkcji trenera Pszczółek to dobry sygnał dla klubu? Raczej wątpię. Osobiście w pracy „Dżianiego” widziałem jakiś kierunek. Co będzie teraz – pożywiom, uwid’im, jak to gdzieniegdzie na Podlasiu mawiają.

9. KGHM Zagłębie Lubin (37, 11/7/12, 38:37)

Illusion, Nikt

Lipie i spółce udało się wysmażyć kilka naprawdę świetnych kawałków. Nikt zajmuje poczesne miejsce wśród moich ulubionych owoców ich twórczości. Szkoda, że Miedziaki, skoro już muszą istnieć, od lat nie potrafią wysmażyć choćby kilku pojedynczych spotkań, z których dałoby się ich zapamiętać. Niby są w tej lidze, niby grają nawet w dość jaskrawych strojach, a tak naprawdę bardzo trudno ich zauważyć.

Różnica pomiędzy nami (znaczy Zagłębiem i pozostałymi klubami) jest, jak mi się zdaje, o tyle znaczna, że my zazwyczaj mamy o co i po co grać. Oni jakby niekoniecznie.

8. Lechia Gdańsk (38, 10/8/12, 42:43)

Audioslave, Out of Exile

Wbrew międzyklubowym animozjom żywię sporo sympatii do ekipy Bobo Kaczmarka. Szkoda, że ten miks rutyniarzy i gołowąsów nie potrafił przez cały, kolejny już zresztą sezon wrócić z mentalnego wygnania i zacząć grać dobrze przede wszystkim na własnych śmieciach. Stadion mają ładny (choć zdecydowanie za duży), Lechia czasem też gra ładnie (choć zdecydowanie za rzadko). Jedno z drugim mogłoby się ładnie skleić. Ale jakoś nie chce.

7. Wisła Kraków (38, 10/8/12, 28:35)

Machine Head, A Farewell to Arms

Długo się zastanawiałem, czy naprawdę chcę poświęcić Wiśle kawałek jednej ze swoich ulubionych kapel. Nic jednak innego mi tu nie pasuje, więc co tam, niech mają, tyle ich.

Statystycznie rzecz ujmując sezon 12/13 nie był najgorszy w cupiałowskiej erze Białej Gwiazdy. Tyle że po pierwsze w rozgrywkach 6/7 (ósma lokata) było lepiej wynikowo (46, 10/16/4, 41:25). Po drugie zaś, tamten sezon okazał się jedynie wypadkiem przy pracy. Teraz za to wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na to, że Wisła żegna się z bronią (i potęgą) na długo i na poważnie. Ja tam wciąż lubię Franza Smudę. Ale powierzanie mu budowy zespołu z nieopierzonych i chyba niekoniecznie superzdolnych młokosów to pomysł wysoce ryzykowny.

Cóż, nie mój cyrk, a i małpy jakby cudze.

5. Górnik Zabrze (43, 12/7/11, 35:31)

Henry Rollins, Disconnect

Oj, odłączyło wiosną prąd Górnikowi kompletnie. Dosłownie jakby ktoś wziął i bezceremonialnie wyciągnął wtyczkę z gniazdka. Odejście Arkadiusza Milika tłumaczy trochę, ale na pewno nie wszystko. Przed sezonem widziałem w KSG nawet Mistrza Polski. Ostatecznie zespół z Zabrza nie załapał się nawet na puchary. Ma ktoś pojęcie dlaczego?

4. Piast Gliwice (46, 13/7/10, 41:41)

Black Sabbath, Paranoid

Paranoja. Klub-zabawka prezydenta miasta, już za chwilę być może klub-filia Legii Warszawa będzie nas reprezentować w pucharach. I jeszcze tenże prezydent, excusez le mot, pierdoli coś od rzeczy o tym, że teraz Gliwice staną się sławne. Taaa… Już widzę te tabuny Azerów, czy – w najlepszym wypadku – Norwegów walące na łeb na szyję (pewnie przez ten zatkany węzeł) do Gleiwitz robić interesy. Kończ Waść, panie Frankiewicz, wstydu oszczędź.

Jasne, robota trenera Brosza i jego chłopców godna wszelkiego uznania. I w jego dowód utwór-legenda, prawdziwy pomnik ciężkiego grania. Ale i tak Piast wciąż wywołuje we mnie bardzo negatywne uczucia.

3. Śląsk Wrocław (47, 13/8/9, 44:42)

Faith No More, The Gentle Art of Making Enemies

Ależ tej wrogości w zespole ustępującego Mistrza Polski było, aj-waj! Najpierw występy nieszczęsnych „chórzystów”. No ja rozumiem, Legii wcale kochać nie trzeba. Ale żeby profesjonalni podobno piłkarze odstawili taką szopkę? Śląska też kochać nie trzeba i ja tam, na przykład, nie kocham, jednak serdecznie jego kibicom takiego wstydu współczułem. Potem kontynuacja animozji na linii trener Lenczyk-piłkarze, potem Mrazgate i szatniowy ostracyzm wobec Gikiewicz Bros…

Jedyną jasną postacią w tym ponurym towarzychu jawi się sympatycznie uśmiechnięty trener Levy. Jego o wrogość wobec kogokolwiek naprawdę trudno podejrzewać.

2. Lech Poznań (61, 19/4/7, 46:22)

Hey, Jeśli łaska

Trener Rumak ma piękny głos, nieprawdaż? Gdyby nie połknął szkoleniowego baktyla ((c) T. Hajto), ani chybi mógłby zostać pierwszorzędnym dziennikarzem radiowym. Szkoda tylko, że czasem używa tego głosu w sposób nie licujący z urodą barwy.

Lech przed sezonem nie był raczej wymieniany w gronie kandydatów do tytułu. Tymczasem niemal do końca sezonu deptał Legii po piętach. I gdyby wygrał wyrównany mecz na szczycie w Warszawie (żadna tam niemożliwość) różnie mogłoby być. Nie jest źle, panie trenerze. A może być jeszcze lepiej. Znacznie lepiej.

Tylko, jeśli łaska, ja też bym wolał bez słów. Przynajmniej bez aż tylu słów. Jak to Ecik Zidane’owi powiedział? Niy fanzol, ino grej!

1. Legia Warszawa (67, 20/7/3, 59:22)

Soulfly, Umbabarauma

W Warszawie zasłużona fiesta. Dywagacje na temat „siły” Mistrza są, jak zwykle zresztą, jedynie dywagacjami. Bo Mistrz to Mistrz. I tyle. Legia okazała się najlepsza, w zasadzie przez cały sezon była absolutnie najgłówniejszym kandydatem do tytułu i ostatecznie po ten tytuł sięgnęła. Za co bezapelacyjnie należą się gratulacje.

Ja osobiście dziękuję Legii za Ljuboję (pisałem już o tym). A jako kibic całej polskiej piłki dziękuję za nadzieję, że będzie lepiej. Oby Jan Urban i jego podopieczni, a także Legia en bloc, jako klub, zrewolucjonizowali rodzimy futbol co najmniej w takim stopniu, w jakim Max Cavalera zrewolucjonizował ciężkie granie. Powodzenia!

Ale Mistrzostw wam na razie wystarczy:)

Cały sezon

Jerry Cantrell, Thanks Anyway

Summa summarum wątpię, abym sezon 12/13 Ekstraklasy wspominał z jakimś szczególnym rozrzewnieniem. Może to poprzez brak Cracovii, ale generalnie to nawet się cieszę, że już za momencik (naprawdę, połowa lipca, zdajecie sobie z tego sprawę?) nowe rozgrywki. Tak, czy inaczej: dzięki, panowie, za ustawianie, kopanie i łapanie. Niech następnym razem będzie bardziej emocjonująco.

pees.
Wczoraj były sto siódme urodziny Cracovii. Jak zawsze: wszystkiego, co najlepsze!

pepees (Browar Łomża).
Szykuję podsumowanie tzw. I ligi w podobnym stylu. Jakieś zainteresowanie? Bo jak nie, to mi się nie chce;)

 Page 4 of 20  « First  ... « 2  3  4  5  6 » ...  Last »