Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Styczeń 2018
P W Ś C P S N
« gru    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Najlepszą obroną jest atak?

OIOM. Na łóżku, podpięty do kroplówki, sensorów i wszystkich innych potrzebnych urządzeń, leży wychudzony mężczyzna. Oczy ma zamknięte, ręce bezwładnie spoczywają wzdłuż ciała, zapadła klatka piersiowa od czasu do czasu podryguje w rwanym, spazmatycznym oddechu. Gołym okiem widać, że to jego ostatnie chwile. Rodzinie niedwuznacznie dano do zrozumienia, żeby rozejrzała się za jakąś gustowną trumną, miejscem pochówku i w ogóle ogarnęła sprawy związane z bardzo już nieodległą ostatnią drogą chorego. Zresztą, wiadomość ta przyjęta została z większą dozą zrozumienia, niż smutku. Wiadomo, chłop choruje od dawna, ostatnimi miesiącami jego i tak godzien pożałowania stan uległ znacznemu pogorszeniu. W sumie i tak dziwne, że jeszcze żyje. Pozostało czekać na nieuchronne.

Nagle facet otwiera oczy. Siada, przeciąga się, strząsa z siebie całe okablowanie i zsuwa nogi z łóżka. Po chwili pewnie staje bosymi stopami na chłodnej szpitalnej posadzce, po czym mocnym, zdrowym głosem zwraca się do kompletnie osłupiałej pielęgniarki: „którędy do depozytu, siostrzyczko? Jakoś mi w tej piżamce niewygodnie…” Ciąg dalszy notki »

Sprzedaj mnie, tato!

Na początek kilka zastrzeżeń: po pierwsze, opinię na temat tzw. menedżerów piłkarskich mam wysoce niepochlebną. Wg mnie większość z nich to zwykli geszefciarze, żerujący na naiwności swych klientów, zainteresowani wyłącznie nabijaniem własnej kabzy. Po drugie, nie jestem w żadnym wypadku zwolennikiem modnego w polskich mediach poglądu, iż każdy chłopaczyna, który na pięć prób dwa razy kopnie piłkę tam, gdzie chciał, powinien czym prędzej pryskać zagranicę, bo tu tylko karierę sobie zmarnuje. Ostatnim wreszcie, nie jestem sympatykiem FC Barcelona, nie mam do tego klubu żadnego stosunku emocjonalnego. Ciąg dalszy notki »

Brzdęki i trzaski (czyli o wybuchach i innych takich raz jeszcze).

Wybuch prezesa Cracovii po meczu z Jagiellonią nie był jedyną głośną eksplozją ostatnich dni. Wczoraj w stolicy Hiszpanii byliśmy (podobno) świadkami erupcji piłkarskiej jakości. Wybuchła też (niby bez związku z futbolem, ale o takich rzeczach też czasami trzeba) pewna – póki co? – mało znana pisarka. Słowem: działo się. A nawet się armata. No, do rzeczy. Ciąg dalszy notki »

Big Bang.

Wkrótce po zakończeniu poniedziałkowego meczu Cracovii z Jagiellonią nastąpił wybuch. Wybuch prezesa Filipiaka, który zwrócił się do dziennikarzy i w dość bezpośredni sposób wyraził swe rozżalenie ogólną miernotą polskiej piłki ze szczególnym uwzględnieniem postawy Pasów prowadzonych przez trenera Stawowego. O ile w tym prawdziwym Big Bangu szło podobno o jakieś rozszerzanie się przestrzeni (??? – kompletnie się nie znam, papuguję z Wiki), tak wybuch pana profesora był jak najbardziej eksplozją. I – jak to często bywa – niemal natychmiastowo wywołał kolejne eksplozje. Ciąg dalszy notki »

Ciężkie życie przedłużacza (czyli: szczęśliwej drogi, już czas!).

Przedłużacz nie cysorz i klawego życia ni mo wcale. Pisałem ostatnio o trudnej roli dyrektora Burlikowskiego w prolongowaniu umów sporej części personelu kopiącego Cracovii, które to umowy kończą się wraz z bieżącymi rozgrywkami, a zatem od Nowego Roku personel ma wszelkie prawo negocjować z ewentualnymi nowymi chlebodawcami. Dni minęło mało-wiele i okazało się, że – zgodnie z przewidywaniami – Milosza Kosanovicia już w Cracovii nie ma, a dni co najmniej kilku innych piłkarzy w klubie wydają się policzone.

Cóż, najprościej byłoby stwierdzić, że rzeczony Burlikowski jest dupa, nie dyrektor, a w dodatku kibic Wisły i zwalić całą winę na niego. No, ewentualnie jakąś jej częścią obarczyć jeszcze nieśmiertelnego Tabisza i Filipiaka (no bo co, kurde, w końcu to on rządzi całym tym bajzlem!). Można także, wzorem Weszło!, skądinąd słusznie poutyskiwać nad tym, jak to mało w polskim klubie znaczy trener i jakie to się horrenda Stawowemu dzieją. Ciąg dalszy notki »

Wiara, wybory i treningowe pachołki, czyli rzecz o dogmatach.

Przy okazji każdych wyborów (lokalnych, ogólnokrajowych, europejskich – wsio rawno) odbywają się u nas w kraju szeroko zakrojone medialne szopki profrekwencyjne. W ich skutek całe masy ludzi wędrują do urn i stawiają krzyżyk przy wybranym na chybił-trafił nazwisku kandydata, nie mając o nim praktycznie żadnej wiedzy (no bo nikt mi nie wmówi, że świadomość wzrostu, urody żony i zamiłowania do takich, czy innych zwierząt domowych da się w tym kontekście nazwać „wiedzą”). Inni z kolei oddają tzw. głos nieważny i kompletnie wbrew swojej woli, poprzez nabijanie frekwencji, legitymizują władzę ludzi, o których często mają wysoce niepochlebne zdanie. Dlaczego? Ano dlatego, że medialni macherzy od kreowania rzeczywistości wbijają im młotkiem do głów, że głosowanie to „patriotyczny obowiązek” (co, kurwa?!), a kto go nie spełnia, ten nie szanuje wolnej Polski i w ogóle jest debil, śmierdzi i ma wszy łonowe. No i przecież trzeba głosować, bo głosowanie jest Dobre.

W światku piłkarskim Dobre jest szkolenie młodzieży. Gdyby posłuchać różnorakich ekspertów od polskiej kopanej, niezbicie wyjdzie na to, że jedynie Szkolenie (doprawdy, aż głupio pisać ten wyraz małą literą) może zapewnić rodzimemu futbolowi długoletni spływ mlekiem i miodem. Szkolić powinien każdy, bo to nasz obowiązek (patriotyczny, jak najbardziej!), a kto nie szkoli, ten, wicie-rozumicie: łonowo zawszawiony, śmierdzący debil. Ciąg dalszy notki »

Dobra.

Czyli słów kilka o powodach przeprowadzki. Ciąg dalszy notki »

Dzień dobry!

Niniejszy blog jest nową, (oby!) lepszą odsłoną No Właśnie!, które istniało już na bloogu, a wcześniej i później na pewnym serwisie z iksem na końcu. O powodach kolejnej i – mam nadzieję – ostatniej przeprowadzki mojego osobistego sieciowego zakątka następnym razem. Ciąg dalszy notki »

Pięć minut.

Cóż, najsensowniej byłoby… przestać być niewielkim i prowincjonalnym, a przynajmniej pokręcić się nieco pomiędzy większymi od siebie. Czyli awansować do najwyższej klasy rozgrywkowej we własnym kraju i najlepiej jeszcze trochę w niej podokazywać. Nowożytna historia polskiej kopanej zna przypadki Tygodnika Miliarder Pniewy, Amiki Wronki, Groclinu Grodzisk, a także Odry Wodzisław i Podbeskidzia Bielsko-Biała. Wbrew jednak temu, co uparcie swego czasu głosiło szerokie grono rodzimych „antypipidówszczaków”, nie mamy tu do czynienia z fenomenem występującym jedynie nad Wisłą i w okolicach. Hiszpanie mają swój Villarreal (swego czasu półfinalista LM!); Francuzi znane ze świetnej pracy z młodzieżą i legendarnego Guy Rouxa Auxerre oraz Montpellier, niedawnego mistrza kraju. W Niemczech jest Hoffenheim, we włoskiej Serie A debiutuje właśnie – szkoda że bez większej jakości – Sassuolo. Nawet znani ze swego uwielbienia do wszystkiego, co metropolitalne Anglicy mają swój Fulham, klub niby z Londynu, ale przecież na gruncie stricte futbolowym taki właśnie prowincjonalny.

Prezentowany sposób obiecuje (w miarę) pewne i długotrwałe rezultaty. Niestety, jak to często w podobnych przypadkach bywa, jest czaso- i pracochłonny. No i – co pokazuje wiele powyższych przykładów – dobrze by mieć nadzianego właściciela-pasjonata. Może by więc raczej puknąć jakiegoś potentata w krajowym pucharze? Tą metodą na swoje pięć minut zapracowały niegdyś u nas Stal Sanok, Bytovia, czy Gryf Wejherowo. Za granicami piękną i bogatą tradycję „gigantobójstwa” ma Coupe de France. Wygrane Dawida z Goliatem zdarzają się też w pucharach innych krajów, nawet w wyjątkowo chroniącym faworytów Copa del Rey (‘iMadrid cabron, saluda al Alcorcon!’).

Druga metoda wydaje się znacznie prostsza od pierwszej. Wciąż jednak zakłada spełnienie dwóch warunków: najpierw trzeba na tego Goliata trafić, a potem jeszcze dobrze pocelować z procy. A że ani o jedno, ani o drugie łatwo nie jest, tu i ówdzie sprawy klubowej pięciominutówki postanowili wziąć w swoje ręce kibice. W Polsce (fakt, że głównie w reżimowych mediach) furorę swego czasu robiły podróżujące pikniki z Turku (Turka? Cholera, nie wiem). Szerszej sławy przysporzyli swemu klubowi tifosi z niewielkiego miasta Cava de’ Tirreni. A to wszystko za sprawą jednego, dobrze zmontowanego filmiku.

Z pozoru wygląda fantastycznie (sposób, dale rzecz gustu, choć ja jak się dorwę, to się oderwać nie umiem), prawda? Nawet wygrywać nie trzeba. No bo bądźmy szczerzy – kto podczas oglądania zalinkowanego materiału zastanawiał się na którym miejscu i w jakiej tabeli znajdują się obecnie Aquilotti? Niestety, tu także zonk. Żaden klub – rozumiany jako zbiór personelu zarządzającego, szkolącego i kopiącego – nie jest w stanie w jakimkolwiek znaczącym stopniu wpływać na kreatywność swych kibiców.

Są jeszcze, rzecz jasna, inne metody (przejazd gołej baby na motorze po stadionowej murawie, bestialski mord na wyrobie sędziopodobnym, etc.). Pozostają one jednak albo poza prawem, albo przynajmniej daleko poza granicami dobrego obyczaju. No i…

No i dlaczego ja się akurat teraz o tym wszystkim rozpisuję? Ano dlatego, że w moim rodzinnym grajdołku istnieje klub o bezpretensjonalnej nazwie Łomżyński KS. Lokalnie potentat, ale przecież w okolicy jest takie futbolowe bezrybie, że nawet półmartwy, nadgniły rak ujdzie za dorodnego szczupaka. Absolutnie zatem nie musicie się wstydzić, jeśli natknęliście się na w/w miano jedynie na tym blogu. Wszak największym sukcesem w osiemdziesięcioparoletniej historii ŁKS (nie mylić z tym bardziej znanym ŁKS) jest dwuletni pobyt na zapleczu Ekstraklasy w drugiej połowie poprzedniej dekady. Co gorsza, sukces ów osiągnięty został mocno na wyrost, toteż nic dziwnego, że wkrótce po nim nastąpił (a raczej wzmógł się, bo trwał już wcześniej) organizacyjno-finansowy rozgardiasz i konieczność rekonstrukcji klubu. A potem powrót do trzecio-, czyli de facto czwartoligowej anonimowości.

Jednak jako że każdemu wolno marzyć, także i w Łomży zapragnięto choć na chwilę ową anonimowość przerwać. Opcja z awansami nie wchodziła, rzecz jasna, w rachubę. PP? Kurczę, jakoś tak trudno trafić na tego Goliata. Kibice? Niewątpliwie wierni i oddani. Niestety przy tym nieliczni i – choć moja własna córka trzepnęłaby mnie w cymbał za to stwierdzenie – nie odbiegający kreatywnością od fanów innych ekip.

Wariant z gołą babą został podobno uczciwie wzięty pod rozwagę*. I nawet miałby szanse się powieść, jako że ledwie kilka kilometrów – i to po prostej drodze! – od sympatycznego, kameralnego obiektu przy ul. Zjazd znajdował się znany w okolicy dom uciech. Któraś z tamtejszych artystek niewątpliwie dałaby się namówić na „motocyklowy” występ. Niestety, nim zabrano się do roboty, dom uciech poszedł z dymem (do tej pory podejrzewałem jakąś rozwścieczoną, zazdrosną małżonkę, teraz zaczynam węszyć spisek kibiców Jagiellonii). A wraz z nim cały pomysł. Ideę linczu na arbitrze nie wiedzieć czemu odrzucono a priori i już-już zdawało się, że wszelkie nadzieje ŁKS na jego pięć minut zostały bezpowrotnie utracone.

Na szczęście łomżyńscy futboliści udowodnili, że choć piłkarskiego talentu Bozia raczej im poskąpiła, tak myślówą obdarowała ich całkiem-całkiem. Kierując się prastarą i zawsze popularną futbolową zasadą „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać (np. do Kisielnicy za prostytutkami)” chłopcy doszli do wniosku, że w ogóle najmądrzej to będzie sobie posiedzieć. Zasiedli zatem w szatni i zdecydowali, że nie wyjdą na ligowy mecz z Granicą Kętrzyn.

Co chcieli, osiągnęli w trymiga. Ba, przypuszczam, że udało im się nawet więcej, niż zakładali, zajął się nimi bowiem sam enfant terrible polskiego dziennikarstwa sportowego, Krzysztof Stanowski. A jak już on się zajął, no to dalej posz-ło!

Na Weszło!, jak wiecie, zaglądam z rzadka i rzadko się doń odnoszę. Uważam, że częściej zwyczajnie nie ma sensu. Czasem jednak zdarza mi się trafić tam na materiał, pod którym swobodnie mógłbym się podpisać. I tak właśnie jest tym razem. Polemizowałbym jedynie z sensem wyznaczania „ligowej” granicy, od/do której należy płacić, bo zaczyna się zawodowstwo. Dla mnie kwestia jest banalnie prosta. Skoro piłkarz jest „producentem emocji” (kapitalne określenie, nie?), to zawodowcem w swym fachu może być wtedy i tylko wtedy, gdy znajdą się chętni do płacenia za jego towar. Znaczy umiesz przyciągnąć ludzi na stadion/przed telewizor? Umiesz przyciągnąć sponsorów? Super, będziesz opłacany. Nie umiesz? Nie będziesz. I kompletnie nie ma znaczenia, czy nazywasz się Speichler i grasz w iv-ligowym ŁKS 1926, czy Socha i występujesz w ekstraklasowym Śląsku Wrocław. Ja już zresztą kiedyś tu o tym pisałem i – niestety! – przez te kilkanaście miesięcy nie zdarzyło się nic, co spowodowałoby zmianę mojej opinii w temacie.

Dlatego teraz chciałbym się zająć człowiekiem, który – w przeciwieństwie do piłkarzy ŁKSu – naprawdę zasługuje na swoje pięć minut. Prezydent Łomży, Mieczysław Czerniawski, to stary komuch. Prominencji dochrapał się jako lokalny pezetpeerowski bonzo. Nie żeby to go koniecznie w jakikolwiek sposób skreślało, czy determinowało mój stosunek do jego osoby. Zwyczajnie dziwię się – ale tak z szacunkiem – że to właśnie taki facet umie się gładko poruszać w nowych (nowych?!?! dwudziestoparoletnich!!!) realiach społeczno-ekonomicznych, podczas gdy wielu jego kolegów po stanowisku uparcie forsuje model finansowania sportu głęboko zakorzeniony w PRL.

O budowie nadnarwiańskich bulwarów mówiło się w Łomży już w latach sześćdziesiątych. I nic dziwnego, mój rodzinny grajdołek znajduje się akurat w połowie drogi z Warszawy na Mazury. Idealne miejsce na to, by ściśnięta w fotelach stołeczna rodzinka mogła wyleźć z auta, rozprostować kości, przejść się naprawdę malowniczym brzegiem rzeki, a może nawet – kto wie? – zrobić sobie lekki rozruch przed jeziorami machając podwójnym wiosłem. Mówiło się, mówiło, a bulwarów nie było, nie było. Aż nastał prezydent Miecio i są. A wraz z nimi port – no dobra, porcik – rzeczny, w którym każdy, nawet niespełniony futbolista, może za groszową opłatą wynająć sobie jakiś pływający sprzęcik i sprawdzić, czy meandry prezentują się okazalej w górę rzeki, czy może jednak w dół (darmowa podpowiedź: w górę, ale trzeba się trochę namachać, żeby to odkryć). Można też biegać, jeździć na rowerze (jeśli już ktoś naprawdę bardzo musi), spacerować, skakać, no, po prostu: miejsca i sposobności do zdrowego ruchu pod dostatkiem.

Podobnie jak w innych obiektach sportowo-rekreacyjnych (basen; wielofunkcyjny, otwarty kompleks nieco mylnie zwany skateparkiem; kilkanaście siłowni al fresco) otwartych i utrzymywanych za kadencji Czerniawskiego. Oczywiście, jak nawet na Weszło! stoi, miasto łoży także na ŁKS. Sto, sto dwadzieścia kafli rocznie. Nie mam, rzecz jasna, wglądu do klubowych ksiąg. Przypuszczam jednak, że są to kwoty, za które spokojnie można sobie zapewnić sobie ciepłą wodę pod prysznicem, prąd w szatni, czy dojazd na mecz do Kętrzyna, albo Mielnika (sw. dr. w Mielniku mają prześliczny stadionie, muszę Wam kiedyś zdjęcia pokazać). Bo tak właśnie wygląda dotowanie sportu wg łomżyńskiego magistratu. Nie pompowanie kasy na konta quasiprofesjonalistów, a inwestycje w masę. I o ile taki Socha jest nieporównywalnie lepszym piłkarzem, niż Speichler, tak już np. prezio Dutkiewicz śmiało mógłby u prezydenta Miecia to i owo podpatrzyć.

# Jak tu nie być przesądnym? Jak nie być wulgarnym?

Rozsądek podpowiada, że przesądy to bzdura. Nie ma żadnych logicznych dowodów na to, że np. przejście pod „rozkraką”, czy kot przebiegający drogę przynoszą pecha, a z kolei podkowa, bądź „górnotrąbiasty” słoń – szczęście. Teolodzy wszystkich chyba monoteistycznych religii przesądy uznają za grzech. Głupią, szkodliwą wiarę w gusła. Staram się być człowiekiem rozsądnym. I staram się być człowiekiem wierzącym (nie, ani do jednego, ani do drugiego nikogo nie namawiam). Ale przesądów wyzbyć się nie potrafię.

Liczba „24” przynosi mi pecha. Tak już jest i tyle. Ile punktów ma obecnie (i już od jakiegoś czasu) Cracovia? No właśnie. Ile razy, mili państwo, zdarzyło Wam się widzieć cztery strzały w słupek w wykonaniu jednej drużyny w tym samym spotkaniu? A ile razy byliście świadkami czterech uderzeń w słupek tego samego zawodnika w przeciągu ledwie jednej połowy? No właśnie. No to może pamiętacie taki mecz, w którym jeden piłkarz (nota bene obrońca) najpierw daje swej drużynie prowadzenie, potem daje jej remis, by po chwili dać zwycięstwo… przeciwnikowi? No właśnie.

Nie, nic wielkiego się nie stało. I mam nadzieję, że bez względu na przesądy wszyscy w klubie to rozumieją. Ale zejdźmy już wreszcie z tej 24ki, bo mnie trafi co nie trzeba.

• • •

Jest w powiecie częstochowskim miejscowość o nazwie Raczkowice. Wieś jak wieś, przejeżdżając przez nią w sierpniu nic specjalnego nie zauważyłem. No, może poza literką „S”, którą ktoś im bezczelnie z przodu na tablicy dopisał.

Tak mi się po tym dzisiejszym/wczorajszym meczu na Cichej przypomniało.

* to oczywiście jedynie żart i wyłącznie w takich kategoriach należy go rozpatrywać. Zastrzegam, bo ku mojemu niepomiernemu zdziwieniu zaczynają tu zaglądać ludzie, którzy miewają problemy ze zrozumieniem tekstu pisanego.

Takie tam (odc. 10).

1. Mucha wysiada.

W ramach tzw. rekonstrukcji rządu dokonanej niedawno przez premiera Tuska ministra Joanna Mucha straciła swoją tekę. Aż dziw, że tak późno. Nie żebym ministrę oceniał jakoś wyraźnie niżej, niż jej poprzedników. Po prostu od początku dni Muchy w rządzie zdawały mi się policzone. J.M. miała odegrać rolę „ładnej buzi”, „ocieplacza wizerunku” rządu podczas zeszłorocznego Euro. Okrutne to i paskudnie seksistowskie. Gdybym był feministką, nielicho bym się wkurwił. I na Tuska, że traktuje w ten sposób kobiety w swoim rządzie, i na Muchę, że bez drgnięcia powieką zgodziła się na taką właśnie rolę. A gdy już ją wypełniła, obersturmbahnfuhrer w swej niezmierzonej łaskawości pozwolił jej jeszcze poministrzyć przez kilkanaście miesięcy, po czym poczęstował nogą niżej krzyża.

Zastąpił panią Joannę niejaki Biernat (cholera wie kto zacz), ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Grunt, że przy okazji „rekonstrukcji” choć na chwilę w dyskursie publicznym pojawił się temat generalnego bezsensu istnienia takiego dziwoląga, jak Ministerstwo Sportu.

Wracając na moment do oceny Muchy – zdarzały jej się mniej, lub bardziej głupawe wpadki, jak ta z trzecią ligą hokeja, wyborem uczestników meczu o piłkarski superpuchar, finansowy szwindel z koncertem Madonny w tle, czy też chryja z eksszefem NCS (choć tu zdecydowanie najbardziej zawinił niejaki Miro). Na plus można jej policzyć powstrzymanie się od idiotycznych szopek kuratorskich w PZPN (zdaje się ulubiona rozrywka kolejnych MS) oraz akcję „WF jest fajny”. Mało? Może. Ale tak naprawdę co więcej mogła zrobić, nawet gdyby okazała się geniuszem? Prowuefowa propaganda jest niewątpliwie pożądana. Ale to przecież tylko tynk na gmachu, który wspólnymi siłami wystawić powinny ministerstwa – w kolejności alfabetycznej – edukacji, finansów, gospodarki i zdrowia (a pewnie i jeszcze jakieś inne).

A, oczywiście. Z szumnie zapowiadanej polondyńskiej „reformy finansowania związków sportowych” wyszła zwykła polityczna hucpa. No ale czy mogło być inaczej? Gdyby nawet Mucha chciała, nie mogłaby podskoczyć ważniejszym od siebie ministrom i wywalczyć rzeczywistych, pozytywnych zmian w miejsce ordynarnego cięcia. Nikt inny na jej miejscu też by nie mógł.

2. Wyjść, zagrać/zobaczyć, zapomnieć.

Iocosus, felietonista zakumplowanego z No Właśnie! portalu Czarna-Elka, napisał niezwykle trafne podsumowanie meczu Polska-Irlandia. Cytuję: „We wtorek 19 listopada odbył się (…) mecz na poziomie seniorskim Polska – Irlandia. Wynik spotkania 0:0.” Koniec cytatu. Niezłe, nie? Moim zdaniem w ten właśnie sposób należy pisać o i podchodzić do podobnych sparringów. Polska-X, wynik taki, ew., składy siakie, a strzelcy owacy. I tyle. Głębsze wnioski niech sobie, faken, selekcjoner zapisze.

3. Stowarzyszenie Pomysłowych Dobromirów.

Czyli jeśli głupio, to przynajmniej konsekwentnie.

Obrodziło nam ostatnio myślicielami w światowym i rodzimym futbolu. O idei Platiniego, który chciałbym rozszerzyć Mundial do 40 zespołów, już pisałem. Cóż, monsieur Michel zepsuł już Mistrzostwa Europy, teraz rad by popsuć także czempionat globalny. Z pomysłu swego młodszego kolegi drwi sobie Sepp Blatter. Nie dlatego jednak, iżby nagle został adwokatem rozsądku. Nie, on też chce psuć, przy czym nie ilościowo, a jakościowo. Znaczy chciałby część europejskich miejsc na MŚ rozdać ubogim krewnym z hmmm… mniej piłkarskich kontynentów. Wicie-rozumicie, w takiej Jordanii to może i grać w piłkę za bardzo nie potrafią, ale na wyborczych spędach FIFA ich głos liczy się tak samo, jak głos delegatów z Włoch, Niemiec, czy Hiszpanii.

Do grona filozofów kopanej dołączył też ostatnio Felix Magath. Qualix stwierdził niedawno – podobno zupełnie na trzeźwo – że Bayern i BVB powinny zostać usunięte z Bundesligi. Facet zakatował już niejednego zawodnika. Teraz najwyraźniej marzy mu się egzekucja na całej lidze.

No i wreszcie czwarty do myślicielskiego brydża, czyli nasz własny, kochany pan prezio Zibi. Jeśli wszystko pójdzie po jego – obecnej – myśli, bodaj od sezonu 15/16 w meczowym składzie drużyny Ekstraklasy będzie się mogło znaleźć najwyżej trzech (potem to nawet dwóch) nie-Unitów. A w niższych ligach to w ogóle tylko jeden. Tu też, rzecz jasna, konsekwencję widać jak ta lala. Boniek po zejściu z boiska był miernym trenerem, lichym wiceprezesem PZPN i koszmarnym selekcjonerem. Niektórzy liczyli, że jako ober szef polskiego futbolu nieco odwróci tę tendencję. Nie, chyba niekoniecznie.

 Page 3 of 20 « 1  2  3  4  5 » ...  Last »