Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Styczeń 2018
P W Ś C P S N
« gru    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Subiektywny przegląd reprezentacyjny – 6.9.2008

Pozostałe dwie reprezentacje, które wywołują u mnie szybsze tętno, też – oględnie rzecz biorąc – nie zachwyciły. Argentyna uratowała zaledwie punkt z Paragwajem. Sprawiedliwości trza oddać, że Albicelestes się ten mecz naprawdę nie ułożył. Najpierw Heinze zaliczył chyba najkoszmarniejszą interwencję w karierze, za jednym zamachem strzelając kuriozalnego samobója i kontuzjując własnego bramkarza. Potem Tevez zapomniał, że gra akurat w kadrze, nie w swej rzeźnickiej lidze, przez co już po półgodzinie Biało-Błękitni grali w osłabieniu. Na szczęście cudne podanie Messiego i gol Kuna zapobiegły totalnej klapie. Pożaru na razie nie ma. Argentyna jest druga w tabeli południowoamerykańskich eliminacji. Dzisiaj może ją capnąć Chile, jeśli przypadkiem wygra z Canarinhos, ale jakoś mi się nie zdaje. Brazylijczykom też się może udać w przypadku ich wysokiego zwycięstwa.

Italia przywiozła z Cypru ciężko wywalczone trzy punkty. Można się podpierać wyświechtanymi frazesami o tym, że zwycięstwo to zwycięstwo. Można przywoływać dyżurną frazę przegranych trenerów o braku słabych drużyn. Można mówić o ogromnych postępach zrobionych ostatnimi czasy przez Cypryjczyków. Można, ale lepiej tego nie robić. Fakt jest faktem – Mistrzom Świata po prostu nie przystoi męczyć się w taki sposób z takim rywalem. Z całym szacunkiem (ba! podziwem nawet!) dla Cypryjczyków, to nie jest przeciwnik, który powinien sprawiać Azzurrim jakiekolwiek kłopoty. Alarmujący nieco obraz łagodzi trochę śliczna akcja z doliczonego czasu gry, dająca Włochom drugie, zwycięskie trafienie Antonio Di Natale.

Albicelestes jadą teraz do Limy, gdzie w środę zagrają z Peru. Tego samego dnia w Udine Italia podejmie Gruzję.

Z innych boisk – słyszałem, że sensacyjne zwycięstwo Austrii z Francją jest przerabiane przez zaślepionych leoistów na argument za tym, że na Ojro jednak aż tak strasznie nie było. Otóż, rzecz jasna, było. Po pierwsze, żal serce ciśnie, gdy się patrzy na drużynę z takim potencjałem, jak Les Bleus prowadzoną przez takie beztalencie, jak Domenech. Po drugie, sytuacja Austriaków wygląda dokładnie odwrotnie. Na tej drużynie już widać stempel Brucknera. Śmiem twierdzić, że widać go lepiej, niż to ostatnimi laty bywało z kadrą Czech.

I jeszcze ciekawostka na koniec, czyli udany start Anglików, którzy po ciężkim boju pokonali niewątpliwego faworyta ich grupy, reprezentację Andory. I to na wyjeździe!

Jeden powód. Ale jaki!

Jest jeden, jedyny powód, dla którego lubię EPL. Ten powód nazywa się Rod Liddle. Jakby EPL nie było, Rod Liddle pisałby tylko o tenisie. A tak – proszę bardzo!

W oparach nonsensu.

Nie ma jednak także sensu pastwić się nad graczem Herthy. Po pierwsze, nie zagrał wcale gorzej, niż wszyscy z wyjątkiem Błaszczykowskiego jego koledzy z pola. Po drugie, w klubie występuje ostatnio w pomocy, lub nawet na prawej obronie. Idąc tym tropem można by się spodziewać, że w Serravalle w ataku wyjdzie Wasilewski. Zresztą, po tej kadrze pod tym trenerem spodziewać można się wszystkiego.

Oprócz tego, że nagle zacznie grać z sensem. O nie, tego spodziewać się nie ma sensu zupełnie. W poniedziałek minie dokładnie rok od momentu, gdy Biało-Czerwoni po raz ostatni grali coś, co przypominało uporządkowany futbol. Oczywiście, część z tych osiemnastu spotkań, jakimi nas od tamtej pory uraczyli, nawet udało się wygrać. Jednak właśnie dziewiątego września Anno Domini 2007 zdarzył się ostatni przypadek, gdy jedenastu facetów z orłem na piersi w komplecie sprawiało wrażenie, że wie, po co znajduje się na murawie. Przez rok, jaki minie niedługo od tamtego lizbońskiego remisu w boiskowych poczynaniach reprezentacji Polski dało się dostrzec nieco fuksa (skończył się w Larnace), masę bezradności i kilka jeszcze innych rzeczy. Ale sensu za grosz. I skoro nawet Rafał Stec obawia się meczu z San Marino, sprawy przez ten rok musiały przybrać naprawdę nieciekawy obrót.

Rok to w futbolu wieczność. Tu nie chodzi o jeden zawalony mecz ze Słoweńcami. Chodzi o chroniczną niewydolność polskiej kadry, o jej utrzymującą się niemożność wymiany choć kilku prostych podań, zawiązania najbanalniejszej akcji zespołowej, czy też opanowania podstaw defensywy. Stąd też nie ma sensu dalsza współpraca kadry z Leo Beenhakkerem. Tego pana należy po prostu pożegnać. Teraz. Zaraz. Już. Podziękowania już były. Za awans na Euro otrzymał odznaczenie państwowe. Przez całą kadencję cieszył się niespotykanym nigdy wcześniej medialnym parasolem ochronnym. Wystarczy.

Dag*, Leo. Dag.

________________________
* Dag /nid./ – żegnaj

Drużyna (Pierś)cienia

Tamtej notki nie będzie. Nic to. To w końcu tylko mój blog, na który – póki co? – mało kto zagląda i którym mało kto się przejmuje. Niestety nie będzie także przelotnego choćby oficjalnego spojrzenia (nic już nie mówiąc o dogłębnej analizie) na przyczyny polskiej klęski na Euro 2008. Nie będzie żadnej autorefleksji na temat dotychczasowej pracy Beenhakkera z naszą kadrą. Leo, jak widać, wciąż usiłuje wcisnąć wszystkim wokół mit o swej nieomylności.

Osobiście jestem tym zmęczony. Bardzo zmęczony. Nie chcę już słuchać pieprzenia o Księżycu, farmazonów o trenerskiej koncepcji i pasowaniu (czy częściej nie) doń poszczególnych graczy. W dupie mam drewniane pudełka, brak słabych drużyn w Europie, skoki na international level i sędziego Webba. Chcę wiedzieć dlaczego selekcjoner reprezentacji Polski po dwóch latach pracy sprowadził ją dokładnie w to samo miejsce, w którym obejmował posadę. Na dno.

Wtedy, latem’06, mogłem to dno zrozumieć. Kac po Weltmeissterschafcie, ogólne przygnębienie po Janasie i zwyczajne w takich przypadkach zamieszanie po zmianie szkoleniowca, wszechobecna niemoc. Dziś na to dno sprowadziliśmy się własnoręcznie. A raczej daliśmy się tu zaciągnąć siwowłosemu pomyleńcowi, który zapomniał najwyraźniej, że drużynę (pierścienia, ale i każdą inną) to się zbiera, nie rozgania na cztery wiatry.

Doskonale rozumiem Jelenia. I Wichniarka. To poważni, dorośli ludzie. Nie wiem, nigdy się tym specjalnie nie interesowałem, ale pewnie mają jakieś rodziny. I pewnie wolą spędzać czas z nimi, niż z wątpliwościami w typie „przyjdzie wreszcie to powołanie, czy nie”? To także solidni piłkarze o wyrobionych markach w przyzwoitych ligach. Na pewno mają swą godność, poczucie własnej wartości. Dlaczego mieliby dawać sobą pomiatać? Owszem, gra w reprezentacji to zaszczyt, ukoronowanie kariery. Orzeł Biały, biel i czerwień, Mazurek Dąbrowskiego – tak, to wszystko jest ważne. Ale czy na tyle ważne, by dać się w imię tego zeszmacić?

Za kilkanaście godzin mecz ze Słowenią. Autorament grupowych przeciwników to jedyny argument za tym, że na naszym dnie pozostaniemy, może nawet czasem wznosząc się nad poziom wodorostów i nie będziemy ryć nosem w mule. Nasz jutrzejszy rywal raczej nie przypomina świetnej drużyny z przełomu wieków, która potrafiła błysnąć na Euro 2000 i zakwalifikować się na MŚ 2002. W składzie bałkańskiej ekipy próżno szukać prawdziwych następców Zlatko Zahovicia, czy Nastji Ceha. Na ławce też nie siedzi już Srećko Katanec. Ci, którzy ich zastąpili, są nieobliczalni. Owszem, oznacza to, że spokojnie mogą pogonić nam kota 3:0. Ale równie dobrze mogą polec w tym samym stosunku. San Marino to – wbrew temu, co raczył bzdurzyć Beenhakker – wciąż kelner, z którym , przy całym szacunku, trudno oczekiwać czego innego, jak wysokiego zwycięstwa. Słowacy mogą kontynuować marsz w górę, ale mogą też powrócić do roli ogrywalnego średniaka, w której zwykle występują też Irlandczycy z północy. Nawet Czesi, ekipa podobno w gruntownej przebudowie, wydają się być znacznie mniej groźni, niźli jeszcze niedawno.

Krótko mówiąc, różnie może być. Możemy zakończyć tę grupę na zaszczytnej przedostatniej lokacie, wyprzedzając jedynie bohaterów z Serravalle i okolic. Ale możemy ją też równie dobrze wygrać. Tyle tylko, że nawet, jeśli zrealizuje się ten drugi wariant, na Mundial znów pojedziemy po to, by zagrać trzy mecze „o”. Jest we mnie głęboki sprzeciw wobec takiego rozwiązania. Uważam, iż docelową dla nas imprezą powinny być współorganizowane przez nas ME 2012, podczas których po prostu musimy dobrze wypaść. Z Leo Beenhakkerem u steru po prostu się to nie uda.

Kowal swojego losu

Ostatecznie podniosłem odważniej głowę i spojrzałem na siostrę w kitlu. Ta pośmiała się nieco z moich wątpliwości, po czym wspólnie ustaliliśmy, że lampka wina do co któregoś tam obiadu i piwko raz za czas z przyjaciółmi nie świadczą o alkoholizmie, zaś w rubryczkę należy wpisać „sporadycznie”. Kłopot z głowy, jednak co się nad tym naturbowałem, to moje. I pomyśleć, że uniknąłbym tych wszystkich prowincjonalnych deczko dusznych rozterek, gdybym udał się do poradni np. dziś (do zabiegu i tak – póki co – nie doszło) przeczytawszy wprzódy płomienny tekst Wojciecha Kowalczyka na weszlo.com.

W tej wiekopomnej pisanej perorze ów były gwiazdor reprezentacji Polski, Legii, Betisu i paru jeszcze innych wielkich klubów (o tym za chwilę) ponad wszelką wątpliwość potwierdza to, co kilka dni wcześniej powiedział w wywiadzie dla Dziennika. Piłkarze piją! Wszyscy. Co do jednego. A ci, co nie piją, to albo piją, ale się nie przyznają (nieładnie, Macieju Ż., nieładnie!), albo są słabi (ale żadnej winy „Kowala” w tym nie ma), więc tak naprawdę nie godzi się zwać ich piłkarzami. Ja po prawdzie też piłkarzem nie jestem, ale to pewnie tylko dlatego, że za późno zacząłem pić. Bo dobry piłkarz pije. I na rzeczywistość rzeczywiście nie ma co się obrażać. Nie, nie! Szacunek do rzeczywistości to niewątpliwie jedna z rozlicznych zalet „Kowala”. Na pewno pomogła mu swego czasu realizować niezaprzeczalny talent i rozwijać błyskotliwą karierę. Już przecież po Igrzyskach w Barcelonie uganiali się ponoć za Panem Wojciechem przedstawiciele Barcelony. On jednak znał skalę swych zdolności. Wyśmiał Katalończyków i czekał na lepsze oferty. I doczekał się. Najpierw Betis, który wykorzystał Kowalczyk jako szansę na dalszy rozwój i transfer do samego Las Palmas. Po niewątpliwym wyczynie, jakim były występy w drugiej drużynie tego klubu przyszedł czas na krótki, wypoczynkowy powrót do Legii. Regeneracja musiała nastąpić, w końcu podczas drugiego pobytu na Łazienkowskiej zbierał „Kowal” siły do skoku na naprawdę głęboką wodę. I wreszcie ten skok nastąpił. Dwadzieścia cztery gole, korona króla strzelców i krajowy puchar w barwach Anorthossis zapewniły mu transfer do samego APOELU Nikozja, z którym Pan Wojciech osiągnął niebotyczny szczyt ligi cypryjskiej. Ten wielki sukces został z pewnością należycie opity. W końcu gdyby nie alkohol, pałętałby się nasz gwiazdor po dziś dzień na jakimś Camp Nou, lub co najwyżej Erzgebirgsstadion.

Wytrzeźwiawszy, zadumał się nasz bohater nad własną osobą i postanowił zakończyć karierę. Brawo! To się nazywa klasa! Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. „Kowal” twierdzi, że przestało mu się chcieć. I nic dziwnego. Nieprzerwane pasmo sukcesów. Szacunek klasowych trenerów (Remon!). Pękate konto. Niech sobie jakiś „Józek” pyka po drugiej Bundeslidze. Kowalowi się nie chce. I tu – jak zapewne nie raz słyszał kolega Pana Wojciecha z olimpijskiego ataku – jest hund begraben. Już po raz drugi dzięki Kowalczykowi dowiaduję się, dlaczego nie zostałem piłkarzem! To jednak nie o alkohol chodzi. Pić można zacząć kiedykolwiek bądź (choć na pewno im wcześniej, tym lepiej). To nawet nie – jak mi się do tej pory wydawało – ta pokancerowana lewa noga. Po prostu mi się nie chciało!

PeeS. Autorzy serwisu weszlo.com twierdzą, iż „Kowal” wbija tym tekstem w ziemię Rafała Steca. Być może to kolejny objaw mojej zaściankowości, ale tu u nas, na wsi, do wbijania służy młotek. Zastanawiające, prawda?

PePeeS (Browar Łomża) Miał być blog o piłce, a trochę o chlaniu się robi. ale… Gdy piszę te słowa, jeden z moich znajomych ma na gadu opis „już za 363 dni minie rok jak nie piję!” Sportowcem chłopak już raczej nie zostanie.

Po co komu Matubar?

Bo u nas liga jest przecież nudna jak rachunek za tygodniowe zakupy w Auchanie, skorumpowana i do cna amatorska. A piłkarze w niej występujący to skończone beztalencia, niegodne właściwie zaszczytnego miana futbolisty upośledzone ruchowo wyroby sportowcopodobne, których boiskowym występom (występkom raczej) nie godzi się poświęcać zbyt wytężonej uwagi. Znacznie lepiej skupić się na dwóch o niebo bardziej interesujących sprawach.

Pierwsza z nich to huczne i z przytupem zakończenie tzw. kariery przez Radosława Matusiaka. „Tzw.” albowiem użycie tego terminu jest w omawianym przypadku dość mocno umowne. Mowa w końcu o zawodniku, który przez ostatnie dziewięć lat wystąpił raptem w stu dziesięciu – wliczając w to kadrę – seniorskich meczach o stawkę. Cała jego sława bierze się z jednej jedynej udanej rundy (jesień’06). Jeśli przyjąć, że wtedy właśnie obserwowaliśmy sportowy fenomen Matusiaka, uznać należy, że już na początku AD 2007 narodził się fenomen biznesowy. Dzieląc kwotę, jaką US Citta di Palermo zapłaciło za Łodzianina przez ilość jego występów w różowych barwach otrzymujemy bajońskie 633 tysiące euro za mecz. Jednak Sycylijczycy zawze w ten, czy inny sposób muszą wyjść na swoje, więc opchnęli Radka – z zyskiem! – do Heerenveen. Co ujrzeli w Matusiaku działacze z Fryzji i jak bardzo jest tam obecnie znienawidzony Leo Beenhakker – trudno orzec. Łatwo się za to domyślić, że na samo wspomnienie tego transferu w klubowej księgowości pojawiają się ataki apopleksji.

Kwestia numer dwa to ciągnący się od bez mała dwóch tygodni temat dyscyplinarnych perypetii Artura Boruca. Wszyscy już wiemy, że był sobie Arczi w’Lwowi popiwszy. Pono nie po raz pierwszy na zgrupowaniu, za to po raz pierwszy zareagować raczyło Najjaśniejsze Pomarańczowe Słońce Polskiej Kopanej (odwracając przy tym z gracją uwagę od znacznie bardziej piekącego problemu fatalnej gry Biało-Czerwonych i być może załatwiając jeszcze jakiś geszefcik). Golkiper z kadry wyleciał i nie wiadomo czy i kiedy ew. powróci. Wiadomo za to, że również za picie dostał po kieszeni od Celtiku, po czym puścił (z zemsty? na kacu?) dwa babole w Old Firm. Co poniektórym wiadomo także, iż w małżeństwie państwa Boruców nie wszystko jest, jak być powinno. I podobno wiadomo też dlaczego. A Wojtunię Kowalczyka to wszystko mało wzrusza, bo – no właśnie! – wiadomo przecież powszechnie, że człowiek nie wielbłąd, a kto nie pije, ten musi z policji.

I tak przez (ty)dzień boży cały przepyszny duet Matusiak-Boruc (Borusiak? Matubar?!) zajmuje uwagę polskiego światka piłkarskiego. W tym samym czasie, zupełnie niedaleko, taki Ariel Borysiuk biega po boisku i np. asystuje przy cukierkowym golu Rogera. Szkoda. Tzn. szkoda nie, że biega, a że mało kto to zauważa.

* * *

Dwie rzeczy na koniec jeszcze:
1. Przy okazji hecy z Borucem, Dudką i Majewskim sporo można było poczytać i posłuchać płomiennych wypowiedzi nt. moralności piłkarzy. Dość dobrze tę kwestię podsumowuje (palnięte, paradoksalnie, przy okazji „kariery” Matusiaka) kazanie Jacka Sarzało. Ale też każdy sportowiec musi mieć świadomość, że dla wielu jest autorytetem, wzorem. Niestety, jego zachowania muszą być równie transparentne, co niepodważalne w wymiarze moralnym i etycznym. Problem więc nie w tym, czy plotki o rozwodach i kasynach Matusiaka są prawdziwe, lecz w tym, że w ogóle nie powinny się pojawiać. Na litość boską, o czym my tu w ogóle rozmawiamy? OK, łojenie wódy na zgrupowaniach kadry zwyczajnie nie uchodzi i nikt przyzwoity nie powinien mieć tutaj wątpliwości. Ale idolem np. dla mojej córki (gdy podrośnie i podszkoli i tak już niesamowite – jak na cztery i pół roku – pociągnięcie z obu nóg;) powinien być napastnik Matusiak, obrońca Dudka, pomocnik Majewski, względnie bramkarz Boruc. I Blanka, i każdy inny dzieciak (i nie tylko) ma patrzeć na ich grę, uczyć się ich zwodów, wślizgów, podań, parad. Podziwiać ich waleczność i zaangażowanie. Natomiast jakim niby prawem żądać od któregokolwiek z nich, aby był chevalier sans peur et sans reproche?!? Czy redaktorowi Sarzale ktoś zagląda do łóżka? Do barku? Sprawdza, jakie redaktor Sarzało odwiedza lokale?
2. Wielkim fanem Boruca nigdy nie byłem i raczej już nie zostanę. Niemniej jednak za te wszystkie robinsonady w bramce reprezentacji Polski mam do człowieka głęboki szacunek i jestem mu serdecznie wdzięczny. Myślę, że tak samo powinien mieć każdy, komu los Biało-Czerwonych nie jest obojętny. Przez tę wdzięczność nie zapominajmy, że on też jest człowiekiem. Że jeśli ma problemy, to trzeba mu pomóc, nie się nad nim pastwić. Może więc niech mu ktoś podrzuci ten link. A cała reszta, łącznie ze mną samym, jak najbardziej – ciszej nad tą butelką.

Ukłony na początek.

A że jest Blog Day, trza spełniać tradycję. Niniejsza blożyna powstała dzięki inspiracji kilkoma już istniejącymi miejscami. Są to (w kolejności adresowo-alfabetycznej):

1. Blog Adama Romańskiego.

Od kilku tygodni niestety nie funkcjonujące – mam nadzieję, że to nie stan permanentny – miejsce świetnych dyskusji o koszykówce.

2. Blog Krótkowłosego Intelektualisty…

… którego refleksje czasem pokrywają się z moimi w 100%, czasem wcale, ale zawsze miło się je czyta.

3. Czadoblog

Wyjaśnienia tu. Zgadzam się co do kropki.

4. „Tu”, czyli Futbolin.

Miejsce dla mnie, miłośnika latynopiłki, szczególnie szczególne.

5. Last, ale chyba the most;) Polsport.

Tak, wiem. Michał robi błędy ortograficzne, gramatyczne i jakie tam jeszcze. Tak, wiem. Ma epielomanię. Zgadza się. Ale przy tym wszystkim, w przeciwieństwie np. do paru swych redakcyjnych kolegów;] ma tez ogromną otwartość na dyskusję i poszanowanie dla odmiennych poglądów. Poza tym, to on mnie dręczył, cobym tego swojego blogasa założył;)

 

Wszystkie pięć osobistych stronek polecam z całego swego początkująco-blogowego serca. Miłej lektury!

 Page 20 of 20  « First  ... « 16  17  18  19  20