Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Grudzień 2017
P W Ś C P S N
« paź    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Spanie w brudnej pościeli.

Teoretycznie rzec by można, że takie mecze się po prostu zdarzają. Zwyczajnie czasem tak bywa, że jedni grają, grają i nic, a drudzy co nie kopną – kostką, piszczelem, wsio rawno – to wpada. Tak właśnie stało się we wczorajszych Derbach Krakowa. Przez niemal całą pierwszą połowę Pasy były stroną wyraźnie przeważającą. Po czym Wisła ni z gruchy, ni z Pietruchy strzeliła gola. Marcin Wasilewski – za co niewątpliwie należą mu się wyrazy uznania – nawet nie próbował ściemniać, że celował, albo coś. Ot, nabiegł na piłkę po rzucie rożnym i tyle. Po chwili przy wyraźnym udziale farta trafił też Jesus Imaz i goście schodzili na przerwę z dwubramkowym prowadzeniem, choć jeszcze w okolicach czterdziestej minuty wydawało się to kompletnie nierealne. Sekundy po zmianie stron hiszpański aktorzyna – ponownie w sposób trudno wytłumaczalny – dołożył swą drugą, a Wisły trzecią bramkę i na tym mecz jako taki właściwie się zakończył. Ani późniejsze popisy miłośników kalania własnego gniazda, ani szczeniacki błąd Adama Wilka przy bramce na 0:4, ani tym bardziej honorowy gol Michała Helika nie miały już zasadniczego wpływu na wyłonienie zwycięzcy w najnowszej odsłonie świętej wojny.

Teoretycznie można by dodać, że choć ostatnio Derbów raczej nie przegrywaliśmy, toć przecież wiemy z doświadczenia, że na porażce z szanowną sąsiadką świat się nie kończy. Sytuacja w tabeli niby słaba, ale strata do bezpiecznego miejsca żadna. Ba, nawet górna ósemka nie zdążyła jakoś hen! odjechać i przy odrobinie starań i pomyślniejszych wiatrów śmiało można do niej doszlusować. Niewykluczone nawet, że na koniec sezonu da się spojrzeć na wczorajszą rywalkę z góry. Nie, wcale mi się mentem z żałości nie pomieszało. A co ta Wisła niby takiego wczoraj grała, żeby uznawać dognanie jej za mission: impossible? A co w ogóle jakikolwiek zespół Ekstraklasy gra w tym sezonie, żeby nie dało się przynajmniej rzucić mu rękawicy? Nawet niedawny jeszcze lider tabeli – a przy okazji nasz ostatni rywal w tym roku – to z całą sympatią dla trenera Brosza żaden tam Man City, tylko takich tam paru synków uzupełnionych baskijskim emerytem. Ot, Ekstraklasa w pigułce.

Tyle teoria. Praktyka, niestety, wygląda znacznie bardziej paskudnie. W praktyce bowiem nie tyle nawet klasowy, co po prostu przyzwoity zespół wpakowałby wczorajszej Wiśle – zwłaszcza z początku wyraźnie niezbornej i jakiejś takiej bojaźliwej – ze trzy gole w ciągu pierwszej półgodziny. Apotem na luzie kontrolowałby przebieg gry, być może dorzucił kolejne bramki, na koniec zaś robił to, co teraz robi rywal: cieszył się z wysokiego, efektownego zwycięstwa.

Sęk w tym, że obecnej Cracovii do przyzwoitego zespołu bardzo, ale to bardzo daleko. Znacznie dalej, niż bilans bezpośrednich spotkań z czternastym w tabeli Piastem. Znacznie dalej, niż dziesięć punktów straty do ósmego Zagłębia. Dalej nawet, niźli drugie dziewiętnaście oczek, jakich brakuje nam do prowadzącej Legii. Bieżący skład Pasów, tak nazwisko po nazwisku, wcale nie jest gorszy od większości ekstraklasowych rywali. Bo co, przepraszam, w takiej Arce, czy Koronie to Neymary i Kroosy grają? No nie. Jest natomiast szalenie niekompatybilny. Do złudzenia przypomina puzzle z różnych pudełek. Taki Michał Helik, na ten przykład, może sobie być bardzo skuteczny w ofensywie. Mógłby też być – ważna rzecz dla obrońcy – skuteczny w defensywie. Przydałby mu się jednak do tego partner, który byłby w stanie pokierować jego poczynaniami. Pokazać palcem: ustaw się tu. Krzyknąć: pobiegnij tam! Itepę, itedę. Niestety, ani Piotr Malarczyk, ani Ołeksij Dytiatjew się do tego zwyczajnie nie nadają. Obaj mogliby być tymi drugimi w parze stoperów. Na bycie szefem defensywy najwyraźniej ich nie stać.

Adam Deja i Szymon Drewniak mogliby stanowić zupełnie użyteczną parę przecinaków w zespole grającym 4-4-2 a la przedmundialowa Polska Pawła Janasa. Miroslav Čovilo też by się pewnie w tym systemie odnalazł, a dla Krzysztofa Piątka i Mateusza Szczepaniaka – silnych, skocznych, niezłych w powietrzu – byłby on wręcz jak znalazł. Problem? Brak klasycznych bocznych pomocników w podobie Jacka Krzynówka i Kamila Kosowskiego. Obecni skrzydłowi Pasów nadawaliby się raczej do bardziej nowoczesnych rozwiązań taktycznych. O ile w ogóle do czegokolwiek by się nadawali. Szkopuł? Brak kreatywnego ofensywnego pomocnika, tzw. dziesiątki, której posiadanie jest warunkiem sine qua non dla realizacji wspomnianych wyżej założeń.

Biorąc to pod uwagę można przestać się dziwić, że z wczorajszego okresu przewagi Pasów kompletnie nic nie wynikło. Zagrożenie pod bramką Cuesty powstawało w zasadzie wyłącznie po stałych fragmentach gry. A i zgódźmy się, nie było tego zagrożenia nie wiadomo jak dużo. Jak na ironię, jedyna naprawdę udana akcja Cracovii miała miejsce w doliczonym czasie gry drugiej połowy,  już przy 1:4, gdy Piątek nie wykorzystał dogodnej sytuacji strzeleckiej. Nawet jednak gdyby trafił, byłaby to musztarda nie tyle po obiedzie, co po pozmywaniu garów i wypaleniu trawiennego papierocha.

I to jest, niestety, leitmotiv całego dotychczasowego sezonu 17/18 w wykonaniu Pasów. Owszem, udało się cztery mecze wygrać, a siedmiu innych nie przegrać. Ot, po prostu, rywal był tak samo, albo nawet bardziej ślamazarny. Powtarzam: Ekstraklasa. Obecności Bayernów i Barcelon nie stwierdzono. Parę punktów ukradł kurVAR, kilka innych zwykły pech, takie sobie piłkarskie życie. Summa summarum jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że Cracovia jest dokładnie w takim miejscu, na jakie sobie zasłużyła. Że bez względu na przebieg i wynik poniedziałkowego starcia z KSG w sen zimowy zapadnie otulona w brudną, podartą i przykrótką pościel, którą sama sobie rozłożyła.

Poszukiwania winowajców takiego niewesołego stanu rzeczy wypadałoby, niestety, zacząć od samej góry. Wielokrotnie już wyrażałem swą dozgonną wdzięczność wobec profesora Filipiaka. Nie zapomniałem i zapomnieć nie zamierzam, że to dzięki niemu ja, kibic Pasów, mogę się w ogóle obawiać spadku z Ekstraklasy. Tak, z Ekstraklasy, a nie np. z okręgówki. Że mogę pisać o Derbach, starciach z Górnikiem, Lechem, Legią, etc., nie zaś o, ekhem, epickich bojach z Wisłą Sandomierz, albo zgoła z Prądniczanką (nie urażając żadnego z w/w klubów). Niemniej fakt pozostaje faktem: co najmniej połowa odpowiedzialności za bieżący galimatias spada na barki pasiastego capo di tutti capi. Zostawmy już na boku wyjątkowo niefortunny casus Mirosława Mosóra. Nie trzeba było wybitnych zdolności profetycznych, by zgadnąć, że nagła roszada trenerska połączona z szeroko zakrojoną wymianą personelu kopiącego w czasie nader krótkiej przerwy letniej może spowodować efekty znacznie mniej pozytywne od spodziewanych. Dorzućmy do tego kompletny brak przygotowań do tak poważnych działań i mamy gotową receptę na katastrofę.

Paradoksalnie nawet prowizorka i łapu-capowatość mogły nie przeszkodzić cracovskiej rewolucji w zrodzeniu całkiem słodkich owoców. U podstaw tej rewolucji leżą przecież, mimo wszystko, naprawdę szczytne założenia. Szkolenie zdolnej młodzieży, ogrywanie jej, promocja i transferowanie z zyskiem – to powinien być modus operandi grubej większości polskich klubów. To właśnie, a nie zwisanie u magistrackiej klamki i kradzież setek milionów złotych z kieszeni podatników. Jeśli więc Cracovia miałaby być prekursorką podążania takim szlakiem, to ja jestem bardziej, niż za. Nawet za cenę przegranych Derbów. Byle nie za często. Nawet, w cholerę, za cenę spadku na początku drogi.

Tak, paradoksalnie mogło być dobrze. Gdyby tylko drugi winowajca miał odwagę trzymać się głoszonych przez siebie samego pryncypiów.

Michał Probierz lubi zgrywać w mediach chojraka. Ach, żebyż to jeszcze można było prowadzić zespół wyłącznie poprzez konferencje prasowe i występy przed kamerami nc+! Ani chybi Cracovię już dziś dałoby się okrzyknąć Mistrzem Polski A.D. 2018 (i co najmniej półfinalistą LM w sezonie kolejnym). Albo i by się nie dało, bo przecież z Białegostoku Probierz nie powędrowałby wtedy na Ziemię Świętą, tylko do Paris-Saint-Germain. Tak, czy inaczej, nie można. A wypowiedzi trenera Pasów, jakkolwiek same w sobie często logiczne i trafne, nie będą znaczyć nic tak długo, jak nie pójdą za nimi konkretne, konsekwentne działania.

Cracovia ma na kontraktach naprawdę sporą ilość młodych, zdolnych futbolistów. Adam Wilk, Kamil Pestka, Hubert Adamczyk, Radosław Kanach, Sylwester Lusiusz, Szymon Kiebzak, Mateusz Wdowiak, Krzysztof Szewczyk, Grzegorz Gawle, Sebastian Strózik – wszystko chłopcy między dziewiętnastym, a dwudziestym drugim rokiem życia. Idealny moment dla utalentowanego piłkarza – a dowody talentu każdy z nich dawał – by przebojem wchodzić do Ekstraklasy. Tymczasem (w miarę) regularnie grywają tylko Wdowiak i Pestka (odpowiednio16 i 11 występów). Pięć gier zaliczył także Wilk, choć akurat jemu trudno się przebić ponad solidnego Grzegorza Sandomierskiego. Reszta? Albo wącha murawę od wielkiego dzwonu, albo zgoła została rozesłana na wypożyczenia po klubach z niższych lig. Zamiast nich grają wspomniani wyżej Deja i Drewniak. Hernández i Zenjov. Wójcicki i Mihalik (o nim jeszcze za chwilę). Nic do nich nie mam (no, poza tym ostatnim), ale to zwykłe ligowe szaraki. Ani nic specjalnego na nich nie zarobimy, ani też – co niedwuznacznie pokazuje tabela – nie pociągną nas oni do sukcesów. A czy mielibyśmy mniej punktów grając np. w środku pomocy tercetem Adamczyk – Kanach – Szewczyk? Mniej niż dziewiętnaście w dwudziestu spotkaniach? Nie sądzę.

A propos szaraków jeszcze – w sprowadzaniu graczy ukształtowanych Michał Probierz też radzi sobie co najwyżej przeciętnie. Damian Kądzior mu nie pasował ze względu na swego ojca i rzekome żądania gwarancji występów w pierwszym składzie. Petteri Forsell był podobno za gruby. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby w kolejce do występów w pasiastej koszulce czekał jakiś co najmniej Federico Bernardeschi, albo Piotr Zieliński. Ale cóż, nie czekał.

Czy to wszystko oznacza, że domagam się kolejnej zmiany szkoleniowca Pasów? Ależ wręcz przeciwnie. Panowie F. i P. razem nam ten burdel zafundowali, razem niech go sprzątają. Sezon jeszcze niestary. Straty, jako się rzekło, nieznaczne. Poszewki można zacerować, prześcieradło wyprać, a kołderkę trzeba by, panie profesorze, cokolwiek poszerzyć. Wszystko to da się jeszcze zrobić. Wypadałoby jednak – no właśnie – zacząć robić, a nie tylko o tym gadać.

Na koniec: Miha (się) nie cieszy.

Jaroslav Mihalik trafił na wypożyczenie do Cracovii niemal równo rok temu. Z początku nawet jakoś tam błysnął, szybko jednak zgasł i stało się jasne, że kwota ośmiuset pięćdziesięciu tysięcy euro, jakiej twardo żądała za transfer definitywny praska Slavia, co najmniej kilkakrotnie przewyższa wartość piłkarza. Pojawiały się co prawda tu i ówdzie ploty, że chłopak nie gra przez konflikt z trenerem, od początku jednak wydawały mi się one z gruntu idiotyczne. Jacek Zieliński jest zdecydowanie zbyt rozsądnym, zbyt twardo stąpającym po ziemi człowiekiem, by zwracać uwagę na fochy i dąsy swych podopiecznych. Zwłaszcza w sytuacji, gdy punkty potrzebne jak tlen.

Pod koniec poprzedniego sezonu wydawało się nieuniknione, że pasiasta (ekhem, ekhem) kariera nie tak znowu młodego Słowaka – 23 lata skończone w lipcu – zakończy się na jednej rundzie, ku obopólnej zresztą satysfakcji. Potem jednak zdarzyły się Młodzieżowe Mistrzostwa Europy, podczas których chłopak faktycznie fajnie się pokazał. Cracovia z kolei, o czym parokrotnie już była mowa, zmieniła trenera. Michał Probierz się w Mihaliku zakochał i jakimś cudem przekonał Profesora, że te osiemset pięćdziesiąt eurokafli to naprawdę świetna inwestycja.

Nawet jak na niebiedny przecież klub z K1, trzy i pół miliona złotych to naprawdę pokaźna sumka. Należałoby oczekiwać, że sprowadzony za takie pieniądze piłkarz z miejsca stanie się wzmocnieniem zespołu. Że Mihalik takowym nie został to zdecydowanie za mało powiedziane. W bieżącym sezonie nie zdobył żadnej bramki, zaliczając jedną jedyną asystę przy golu Wdowiaka w wyjazdowym meczu ze Śląskiem Wrocław. W trzynastu spotkaniach z czynnym udziałem Słowaka Pasy zdobyły zaledwie siedem punktów(!!!). W tych siedmiu meczach, gdy go zabrakło – dwanaście. Ja wiem, statystycznie na kilometr kwadratowy Watykanu przypada dwóch papieży. Gdyby jednak Cracovia stale punktowała z „bezmihalikową” średnią, miałaby obecnie trzydzieści cztery oczka i zamiast o desperackiej obronie przed spadkiem przemyśliwałaby o ataku na podium…

A może jakiś zagramaniczny klub pamięta jeszcze tamto smarkate Euro? Może dałoby się zimą chłopaka opchnąć, odzyskać choć część środków, a przede wszystkim mieć go z głowy?

Komentuj