Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Październik 2014
P W Ś C P S N
« sie   gru »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Weltmeissterschaftsiegerbesieger.

Oboje z żoną byliśmy wczoraj mocno zmęczeni, toteż poszliśmy spać zaraz po końcowym gwizdku Pedro Proency. Ocknąłem się dziś rano i powiedziałem do M.: „wiesz co? śniło mi się, że wygraliśmy z Niemcami”.

Można całą sprawę sprowadzić do prastarego porzekadła, które w swej bardziej parlamentarnej postaci głosi, iż nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę. Brak pojedynczego choćby zwycięstwa reprezentacji Polski na przestrzeni osiemnastu spotkań z Niemcami był statystyczną anomalią, która wreszcie kiedyś musiała znaleźć swój kres.

Można też odwołać się do magii. Jedenasty października stanowi niezwykle szczęśliwą datę w nowożytnej historii polskiego futbolu. Tego właśnie dnia w 2006nym roku Biało-Czerwoni pod wodzą Leo Beenhakkera odnieśli sensacyjną wiktorię nad Portugalią, zaś dwa lata później, również w stosunku 2:1, pokonali Czechów. Dziś to ostatnie zwycięstwo może nie robić jakiegoś przesadnego wrażenia, warto jednak pamiętać, że sześć sezonów wstecz stan polskiej kadry pod rządami stetryczałego dziadziunia był wprost opłakany i to nasi południowi sąsiedzi jawili się zdecydowanym faworytem tamtej potyczki. Wygląda więc na to, że 11ty października należałoby obwołać Świętem Piłkarskiego Reprezentanta i tak kombinować, by wszystkie ważne mecze naszej kadry odbywały się właśnie tego dnia.

Można wreszcie parsknąć, że wczorajszymi poczynaniami podopiecznych Adama Nawałki kierował wyłącznie Jego Wysokość Fuks. Że w żadnej inne dyscyplinie zespół, który osiągnął taką przewagę nad rywalem, jak Niemcy, nie miałby prawa zejść z boiska pokonanym.

I wszystko to… prawda. Tak, nadal nie mamy drużyny zdolnej walczyć – czy nawet próbować walczyć – jak równy z równym z najlepszymi na świecie. Ba, nie mamy nawet zespołu, który swą wartością dorównywałby sumie części składowych, a wczorajsze spotkanie nijak nie pokazało, że selekcjoner Nawałka naprawdę wie co robi. Nadal szans na zwycięstwa musimy poszukiwać w rejonach totalnie irracjonalnych, mówiąc wprost: wierzyć w cuda.

Ale nie cała prawda. Gdybyśmy wiedzieli przed meczem, że otwierająca bramka padnie po ewidentnym błędzie bramkarza, na kogo byśmy postawili? Na Neuera, czy może jednak Szczęsnego? No właśnie. Tymczasem nasz golkiper pokazał – wreszcie! – że w ważnych momentach potrafi przedzierzgnąć się z Wojtka, pyskatego gówniarza, w którego słowniku brak pojęcia „odpowiedzialność” w Wojciecha, poważnego i rozważnego zawodnika, rozumiejącego że jego głównym zadaniem jest pilnowanie własnej linii bramkowej.

Kamil Glik – jak na moje, absolutny Man of the Match – bodaj pierwszy raz w narodowych barwach udowodnił, że włoskie zachwyty nad jego grą mają mocne podstawy, a opaski kapitana Torino nie dostał za ładne oczy. A że całkiem udanie uzupełniał go Łukasz Szukała, bodaj pierwszy raz od nastu lat mogliśmy w Biało-Czerwonym składzie dostrzec naprawdę solidną parę stoperów.

Łukasz Piszczek przełożył – znów: wreszcie! – w swej grze dla Polski efektywność nad efekciarstwo. Jakub Wawrzyniak po raz kolejny przypomniał, że być może odpowiedź na pytanie o lewego obrońcę reprezentacji została już znaleziona.

Przed linią obrony Tomasz Jodłowiec – cichy bohater spotkania – przyćmił znacznie bardziej okrzyczanego Grzegorza Krychowiaka (w mojej opinii najsłabszego w naszych szeregach). Swoje wyszarpali skrzydłowi (nawet jeśli Rybusowi nie zawsze udawało się wrócić na czas do defensywy), zaś Arek Milik zrobił to, czego oczekuje się od napastnika – znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie.

I tylko ten nasz, pożal się Boże, kapitan… Gdyby nie asysta przy trafieniu Mili, należałoby go ocenić jeszcze niżej, niż „Krychę”. Ale dajmy już temu spokój.

Mili Państwo, wygraliśmy z Niemcami! Wnukom będziemy o tym opowiadać!

W sezonie 2001/2 St.Pauli pokonało Bayern Monachium. Stało się to tuż po wywalczeniu przez Bawarczyków Pucharu Interkontynentalnego i spowodowało masową produkcję koszulek z napisem „Weltpokalsiegerbesieger”. Dziś my jesteśmy „Weltmeibterschaftsiegerbesieger”.

Cieszmy się. Nawet jeśli nie była to najsilniejsza Nationalelf w historii, nie dość że ograliśmy panujących Mistrzów Świata, to jeszcze – co się naprawdę rzadko zdarza – gdybologię możemy pozostawić przeciwnikowi.

Komentarze czytelników

3 komentarzy do “Weltmeissterschaftsiegerbesieger.”

  1. ~bartoszcze pisze:

    Ale właściwie, to czego byś oczekiwał od Kapitana w takim meczu?

    • a-c10 pisze:

      Nooo… na ten przykład żeby w akcji, która mogła okazać się kluczowa, podał do kolegi, a nie leciał sam na czterech, czy pięciu rywali:)

  2. ~Senator pisze:

    Coś mocno uprzedzony jesteś do naszego kapitana.
    Akurat w tym meczu podstaw nie masz więc musi to być wspomniana niechęć.
    Zgadzam się natomiast z kwestia Nawalki za nic nie mogę się do niego przekonać tylko to też może uprzedzenie tyle że moje.

Komentuj