Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Sierpień 2014
P W Ś C P S N
« lip   paź »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Robert Złotousty.

Nie przepadam za odcinkami Ligi+ Extra prowadzonymi przez tandem Dębiński-Marciniak i zwykle ich nie oglądam. Ostatnim razem jednak nie miałem wyboru. Wszak do studia zawitał szkoleniowiec Pasów, Robert Podoliński. I przyznać muszę, że mnie nie zawiódł. Mówił ładnie, składnie i z szacunkiem dla poprawności gramatycznej, co w środowisku polskiej kopanej nie jest, niestety, chlebem powszednim. Śmiało mogę stwierdzić, że dzięki panu trenerowi spędziłem przed telewizorem kilkadziesiąt naprawdę udanych minut.

O, jasne że bym wolał, aby takich seansów przyjemności dostarczali mi raczej podopieczni R.P. Niestety, na tym polu w zasadzie cały rok 2014ty wygląda z grubsza tak samo. Zmieniają się trenerzy, zmieniają się style gry, wyjściowe jedenastki i przeciwnicy. I tylko gra Cracovii uparcie tkwi w mizernym status quo. Owszem, momentami da się nawet na to patrzeć. Co któraś tam akcja pozwala od bidy zerknąć w przyszłość z jakimś tam optymizmem. Ba, zdarzają się – choć rzadko – chwile, gdy ręce same zaczynają klaskać. Tyle że futbol to nie łyżwy figurowe (co i, rzecz jasna, bardzo dobrze). Za wrażenia artystyczne nikt punktów nie rozdaje. Liczą się suche wyniki. A z tymi od ładnych kilku miesięcy jest po prostu słabo.

Cóż, gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Na boisku może i cieniujemy, ale za to taki np. pasiasty dział marketingu bije konkurencję na głowę. Bez większej przesady można stwierdzić, iż gdyby Mistrzostwo Polski przyznawano za najlepszą promocję klubu, Ekstraklasa zostałaby sprowadzona do rangi rozgrywek o drugie miejsce. Co więcej – no właśnie! – nasi trenerzy radzą sobie w mediach. Wojciech Stawowy też przecież ładnie sobie radził przed kamerami.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden szkopuł: otóż canalowa wizyta Roberta Podolińskiego niebezpiecznie i nieprzyjemnie przypomniała mi podobne występy w wykonaniu Mariusza Rumaka. Oczywiście, eks-trener Kolejorza ma (jeszcze) bardziej radiowy głos, z kolei opiekun Cracovii może się pochwalić większym doświadczeniem zawodowym (co z tego, że zdobywanym w niższych ligach). Niemniej, podobieństwa wydają mi się uderzające. W zasadzie jedno podobieństwo. Otóż obaj młodzi szkoleniowcy bardzo udanie… teoretyzują. Z niemałym kunsztem opowiadają (wiele wskazuje na to, że w przypadku Rumaka czas przeszły też niedługo przestanie obowiązywać) o swej pracy, poglądach, relacjach z zawodnikami, zarządem, etc. I tylko ta wredna rzeczywistość skrzeczy. Dodajmy: rzeczywistość uszeregowana w szesnastozespołową tabelę, w której podopieczni obu złotoustych dżentelmenów plasują się jakby niżej, niż by mogli i powinni. Dlaczego? Ot, jeden, za to dosyć mocny przykład:

„system gry dobiera się pod zawodników, nie odwrotnie” – rzuca jeden z prowadzących.

„to pańskie zdanie, panie redaktorze” – rezolutnie odpowiada trener.

Tu to mi, przyznam szczerze, zaleciało już nie tyle Rumakiem, co geriatrycznym odorem Leosia B. Otóż nie, panie trenerze. Znaczy tak, owszem, to jest zdanie pana redaktora. Ale także każdego w miarę rozsądnie kombinującego osobnika o jako-takiej orientacji w futbolowych realiach. Bardzo dobrze by było, gdyby pan też raczył to zdanie podzielić. Bo widzi pan, pańskim zadaniem nie jest (niestety!) udowodnienie, że 3-5-2 może się sprawdzić w warunkach Ekstraklasy. Pańskim zadaniem jest osiągnięcie jak najlepszego wyniku sportowego z tą grupą ludzi, którą aktualnie ma pan do dyspozycji. Ta grupa jest jaka jest i w przewidywalnej przyszłości lepsza nie będzie, z czego – mam nadzieję – obaj zdajemy sobie sprawę.

Ja panu, rzecz jasna, szczerze życzę, aby kiedyś poprowadził pan naprawdę wielki klub. Wielki, oczywiście, w sensie ekonomicznym. Taki, gdzie na skinienie ręki ściągną panu dowolnie wytypowanych zawodników. Póki co jednak (zwłaszcza póki jest pan trenerem Cracovii) uprzejmie proszę pamiętać, że żaden z pozostających do pańskiej dyspozycji stoperów nie przypomina – nawet z daleka i z przymrużeniem oka – ani Barzagliego, ani Bonucciego, ani Chielliniego, ani, w cholerę, Caceresa nawet.

Gwoli wyjaśnienia: bardzo mnie cieszy, że na trenerskiej karuzeli w polskiej lidze co i rusz pojawia się jakieś nowe nazwisko, noszone przez faceta (co najwyżej) koło czterdziestki, pełnego zapału i wiary we własne możliwości. Z całej siły ściskam kciuki za tych wszystkich Rumaków, Skowronków, Kieresi, Ojrzyńskich i kogo tam jeszcze. A Podolińskiemu życzę, by został najlepszym trenerem w całej historii Cracovii. Mamy w tym przecież wspólny interes. Niestety, zaklinanie rzeczywistości i czcze doktrynerstwo to kroki w bardzo nietajnym kierunku.

* * *

Teraz coś dla tych, którzy po tytule wnieśli, że będzie o zupełnie innym Robercie. Robercik też został w programie wspomniany. Ba, zacytowany nawet. Robercik stwierdził ponoć onegdaj, że to on ma się podobać trenerowi, nie trener jemu.

To ja ci teraz powiem, pajacyku od dżampa, taką prostą prawdę: selekcjoner to też trener. Verstanden?

* * *

Z innego, acz nieodległego podwórka: Jacek Bednarz przestał być prezesem Wisły. Cóż, żaden niuz, od dawna można było się tego spodziewać. I pewnie nawet bym się w temacie nie zająknął, gdyby nie och-ach-jakże oryginalny wniosek red. Jawora z krakowskiej Wyborczej, że oto „W Wiśle zapanował dyktat kibola”. Gdyby się ktokolwiek jeszcze zastanawiał (są tacy?) dlaczegóż to mianowicie przesłanie (hehe) sporej części sportowych (?) dziennikarzy GW trafia już tylko do ludzi o sporcie nie wiedzących kompletnie nic, ma odpowiedź.

Wg red. Jawora to nie Jacek Bednarz przegrał wojnę. Pewnie, że nie. Ale nie przegrał też – jak chciałby pan redaktor – Bogusław Cupiał, a wraz z nim cała Wisła. Nie. Przegrała, ba, skompromitowała się doszczętnie (i to nie po raz pierwszy) idea wszczynania durnych wojenek z własnymi kibicami. Ciekawe czy red. Jawor, jako członek grupy ustawicznie podżegającej do takich wojenek, czuje że i jemu zebrało się po tyłku.

Komentuj