Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Sierpień 2014
P W Ś C P S N
« lip   paź »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Nie, panie władzo, ja się dobrze uczę.

Czyli reklama społeczna po policjancku.

On, ona, dwoje dzieci i paroletnie kombi średniej klasy. Wielu polskich rodzin wyjazd na wakacje powszedni. Wsiadają do auta, gadają coś o piosenkach i okruszkach, wyjeżdżają na drogę. Warto zauważyć – dwupasmową. On naciska gaz i osiąga ko(s)miczną prędkość 60km/h. Z troską w głosie godną drugoligowego przedstawienia w gimnazjalnej auli ona pyta „nie jedziesz za szybko?”. Na co on odpowiada „no co ty, daj spokój, chcemy już być, czy nie?”. W tzw. międzyczasie pojawia się znany z komputerowych gierek motoryzacyjnych phantom car, jadący, rzecz jasna, przepisową pięćdziesiątką. Ona, z tym samym quasimelodramatycznym przydechem oznajmia „czasami jedna decyzja przesądza o naszym życiu”. I brzdęk! Na scenę, eee… na drogę, znaczy w poprzek drogi wyjeżdża ciężarówka. Pisk hamujących kół, brzęk tłuczonego szkła i – kurtyna! – światło gaśnie. Po chwili znów się zapala ukazując zdemolowane wnętrze samochodu, poobijane ciała jego i jej (oboje nieprzytomni, może nawet martwi) i przerażone twarzyczki dzieci.

„Jak do tego doszło?” pyta kuriozalnie grobowym głosem młodszy aspirant Robert Opas z Komendy Stołecznej Policji, po czym zaczyna rozwodzić się nad… Nie. Wcale nie nad tępotą i krańcowym brakiem odpowiedzialności kierowcy ciężarówki, który ni z gruchy, ni z pietruchy wpakował się na jezdnię. I nie, także nie o niskich umiejętnościach drogowych prowadzącego kombi, który przecież miał naprawdę sporo czasu, by zareagować i uciec na krawężnik. Nie, pan krawężnik pier… eee… znów wyjdzie, że kogoś obrażam. Pan krawężnik klepie coś trzy po trzy o tym, że jeden samochód jechał sześćdziesiątką, drugi (znaczy phantom) o dziesięć mniej. Dalej rzuca bez ładu i składu jakimiś liczbami i kończy swą, jakże inteligentną, wypowiedź słowami „nigdy nie wiadomo, co się wydarzy na drodze”.

Pierwszy raz zobaczyłem tę, pożal się Boże, reklamę społeczną dzisiaj rano. No to teraz historyjka, która wydarzyła się naprawdę, ledwie kilka godzin wcześniej:

Ona, on i hatchback (dzieci akurat na wsi u dziadków, w kombi cosik trzasnęło w zawieszce). Droga Krajowa nr 61, wielu Polaków powrót z wakacyjnego weekendu powszedni. Już z daleka dostrzegam dłuuugi sznur aut zakończony błyskającym migaczami dostawczakiem. Przegryzam jakieś przekleństwo, bo ciut mi się spieszy – gdybyśmy w normalnym tempie wrócili do domu, zdążyłbym na retransmisję meczu Lecha z Wisłą. Ale cóż, trudna rada, grzecznie zwalniam, ustawiam się na końcu korka i pstrykam awaryjne. Kątem oka dostrzegam, że na przeciwnym pasie stoi ciut pokiereszowany tir, a jego kierowca wodzi błędnym wzrokiem po otoczeniu. Upewniam się, że nic mnie nie rozjedzie, wysiadam i pytam faceta, co się stało i czy mu jakoś nie pomóc. „Nie, już mi lepiej, dzięki” odpowiada tamten. „Wyprzedzał mnie jakiś pojeb w Mercedesie i wyszedł na czołówkę”. Nie zważając na protesty sprawdzam mu podstawowe odruchy i ogólny kontakt ze światem. Wszystko gra. Jest nieco roztrzęsiony, no ale któż by nie był po czymś takim. Na odchodnym podaję mu namiary na najbliższy sensowny motel. Kilka minut później korek rusza. I teraz to ja się deczko telepię widząc nieco już ogarniętą, wciąż jednak przerażającą drogową gehennę: szczątki karoserii, szyb, reflektorów, strzępy ubrań i plamy krwi na asfalcie. Spoglądam na moją żonę, swoją drogą naprawdę niezłego, doświadczonego kierowcę. M. ma generalnie jasną karnację, ale teraz zbielała jak prześcieradło. Przez dłuższą chwilę wymieniamy przypuszczenia co do przebiegu zdarzeń. Przed oczyma wciąż wirują nam pourywane felgi, lusterka, rozlany olej i krew.

Zwykła, szara i – niestety! – codzienna asfaltowa rzeczywistość. Jakże odmienna od głupkowatych propagandowych filmideł. Cymbałowi z Mercedesa (nie, żaden tam Litwin, blachy takie same, jak na Mondku z reklamy) żadna kampania społeczna nie uświadomiła, że świat nie kończy się na zderzakach jego auta. Podobnie jak wielu jego mentalnym bliźniakom żaden aspirant nie powiedział przez ciekłokrystaliczny ekran, że nie wolno przyspieszać podczas bycia wyprzedzanym. Że należy sygnalizować z odpowiednim wyprzedzeniem wszystkie manewry na drodze, także np. hamowanie. Że w Polsce obowiązuje ruch prawostronny, a co za tym idzie, podczas jazdy należy się trzymać jak najbliżej prawej krawędzi jezdni. Że to, że tamto, że siamto.

Zamiast tego dostajemy pana Oposa i jego ideologiczne wyliczenia, które funta kłaków nie byłyby warte, gdyby ciężarówka wtargnęła na drogę dwadzieścia metrów bliżej. Ale grunt, żeby pięćdziesiąt, nie sześćdziesiąt, prawda?

Że się tak górnolotnie spytam, co nam, społeczeństwu, mają dać takie „społeczne” reklamy? Nauczą nas szacunku do przepisów? Śmiech na sali. Nauczą nas jeździć? Trzymajcie mnie, bo skonam. Jedyne, co mogą przynieść, to utrwalenie – niestety zatrważająco często opartego na prawdzie – stereotypu policjanta-półgłówka.

- chciałbyś kiedyś zostać policjantem, Jasiu?

- nie, proszę pana, ja się dobrze uczę.

Komentarze czytelników

4 komentarzy do “Nie, panie władzo, ja się dobrze uczę.”

  1. ~gobokke pisze:

    Polskie drogi plus polscy kierowcy plus polska policja to mieszanka, której zdecydowanie nie lubię.
    Kierowców, szczególnie wyprzedzających na trzeciego potencjalnych morderców, nikt nie broni. O policji chyba też nie mamy najlepszego zdania (uważam ich za unikających problemów leniów).
    Inaczej jest jednak z drogami. To kwestia polityczna. Prorządowi „dziennikarze” kłamią na całego, aby tylko wykazać sukcesy reżimu. Bronią dróg bardziej niż niepodległości.
    Poniżej załączam mapkę, na której tuskowa kurtyzana pokazuje ciemnemu ludowi „drogi na wakacje”.
    http://wo.blox.pl/resource/wakacje2014.png
    Te pomazane na czarno mają być dwupasmowe, ale nie wszędzie są. Na pewno nie ma dwóch pasów na całym odcinku S3 pomiędzy Gorzowem a Nową Solą. Co ciekawe, obwodnica Gorzowa jest jednopasmowa, ale jakie to ma znaczenie dla warszawskiej gawiedzi, która tamtędy nie jeździ.
    O braku toalet i parkingów na tych nowych, cudownych drogach, które nie dla nas przecież wybudowano (tak twierdzi w innym miejscu ta dziennikarska kurtyzana)już nie wspominam.
    To już nie jest propaganda, to obrzydliwe kłamstwo.

    Na polskiej drodze, Szanowny Kolego, życzę Ci przede wszystkim szczęścia.
    W innych częściach świata przyda się jeszcze dobry samochód i odrobina umiejętności. :-)

    • a-c10 pisze:

      Dyskusje o stanie polskich dróg nieodmiennie przypominają mi roztrząsanie prastarego pytania o stopień zapełnienia szklanki;) Cóż, jeśli spojrzeć z góry, znaczy zabrać się za porównania do Zachodu, to wiadomo – mizeria. Gdy natomiast spojrzeć z dołu i przypomnieć sobie, co było jeszcze parę(naście) lat wstecz, postęp widoczny jest gołym okiem. Zawsze byłem zwolennikiem tezy, że w szklance pływa po prostu połowa płynu. Nie ma podstaw ani do nachalnej propagandy sukcesu, ani do załamywania rąk.

      Poza tym, przypomniała mi się nasza dyskusja u Airborella* sprzed paru lat, tuż po wypadku pod Nowym Miastem. Dla mnie droga to nadal przedmiot. Nie ma własnych myśli, uczuć, ani pragnień. Nie nagradza za dobrą jazdę wygładzeniem muld na następnych pięciu kilometrach, ani nie karze za błędy złośliwie ciskając samochód o barierkę. My zaś, ludzie, od tego mamy rozum, by za jego pomocą oceniać właściwości przedmiotów i stosownie modyfikować swoje zachowania.

      Co nie znaczy, oczywiście, że nie mam pretensji do władzuchny. Mam, i to naprawdę spore.

      Po pierwsze, za debilne przepisy, kompletnie niedostosowane do (zmieniających się) realiów. Nie wiem, czy byłeś kiedykolwiek w sympatycznym skądinąd mieście powiatowym Ostrołęka. Na obrzeżach tego miasta jest dłuuugi kawał dwupasmówki. Do najbliższych zabudowań, w dodatku przemysłowych, lekko licząc trzysta metrów. Ale to wciąż teren zabudowany (ciekawe, k’wa, czym), toteż obowiązuje „bezpieczna” pięćdziesiątka.

      Wyobraźmy sobie teraz, że opisaną wyżej drogą jedzie jakaś pani Kowalska. Pusto, czysto, wszystko widać, więc rozpędza się do „pirackich” 75km/h. Aż tu nagle zza krzaka wyskakuje pan władza (często tam sterczą, szuje), haltuje ją i wlepia mandat. Pani Kowalska odjeżdża w poczuciu krzywdy i straty (przecież nic złego, do ciężkiej cholery, nie zrobiła, a dwieście złotych piechotą nie spaceruje – o tym zresztą jeszcze zaraz). Tymczasem parę minut później tą samą drogą nadjeżdża pani Zielińska. Lat 38, PJ otrzymała w dniu osiemnastych urodzin. Przez następne dwie dekady zdążyła m.in. dokończyć liceum, iść na studia, zatrudnić się w biurze, urodzić trójkę dzieci i przejść skomplikowaną operację usunięcia katarakty. W związku z tym wszystkim jej wzrok to dziś kompletna ruina. Większa nawet, niż moje prawe kolano;) Pani Zielińska jedzie „przepisowo”, stąd pan władza może zatrzymać ją jedynie celem rutynowej kontroli. A potem puszczą ją wolno, bo przecież gaśnica w samochodzie jest, oświetlenie rejestracji jest, znaczy wsio w pariadkie. A że baba ślepa jak kret? No cóż, przepisy tego nie zabraniają.

      Dalej: kasa. Ja już kiedyś o tym pisałem – totalnym kuriozum wydaje mi się brak powiązania wysokości mandatu z wysokością dochodów. Nie wiem z czego utrzymuje się pani Kowalska. Może po prostu średnio zarabia. Wtedy te dwie stówki ją zabolą, ale bez przesady, z torbami raczej nie pójdzie. Jeśli jednak jest np. emerytką, albo PHaczką ciągnącą na śmieciowej umowie i nigdy nie spłacanej karcie kredytowej, to pewnie bez wonga.com, albo innego, podobnego serwisu się nie obędzie. Ale może (bo dlaczego nie?) jej miesięczny dochód wyraża się wielkością mocno pięcio-, albo i sześciocyfrową. Wtedy ten mandat będzie dla niej jak pusta paczka po szlugach. Było, nie ma, co za różnica. Chore, prawda?

      Tak można jeszcze długo. Po drugie: edukacja. Tu odniosę się tak do swojego tekstu, jak i komentarza Fidela. Otóż u nas edukacji drogowej jako takiej nie ma. Kurs na PJ przygotowuje do zdania egzaminu, swoją drogą wciąż idiotycznie układanego, nie do bezpiecznego poruszania się po drodze. Na swoje nieszczęście mieszkam w mieście znanym w szeroko pojmowanej okolicy (promień 150km) z tego, że tu przyjeżdża się „na prawko”. L-ek mamy zatrzęsienie, placów manewrowych chyba ze cztery. Tylko że żadna z tych L-ek nie porusza się tak, jak porusza się normalny samochód. Żaden z placów nie ma symulacji tramwaju, iluś tam rodzajów skrzyżowań, etc. Bo i po co? Egzamin tego nie wymaga…

      A jak już ta edukacja jest, to ma twarz żałosnego aspiranta Oposa, pierdzielącego coś od rzeczy zamiast ostrzegać ludzi przed tym, co naprawdę groźne. Zamiast uświadamiać kierowcom, że publiczna droga to nie tor wyścigowy i nie odbywają się na niej żadne zawody. Itepę, itedę.

      A, jeszcze a propos innych części świata i umiejętności: coś z półtora roku temu dostałem w prezencie od pewnej skandynawskiej firmy kurs jazdy w trudnych warunkach. Nigdy nie uważałem się za nie wiadomo jakiego kierowcę, ale myślałem, że sobie radzę. Nie. Radzę sobie dopiero teraz, po tym kursie:) Fakt faktem, zima w Polsce, a zima w Finlandii to jednak dwa różne światy.

      * http://airborell.blox.pl/2010/10/O-widzeniu-oddzielnie-czyli-jeszcze-o-wypadku-pod.html

  2. ~fidelrulez pisze:

    Mnie zawsze zastanawia to, dokąd ci nasi „mistrzowie kierownicy” aż tak bardzo się spieszą. Na drodze sznur samochodów po horyzont (ale poruszających się, a nie stojących w korku), widać, że wyprzedzanie nie ma większego sensu, bo w najlepszym wypadku nadrobi się dzięki temu 5 minut. Ale co tam, na przeciwny pas co i rusz wjeżdża jakiś as, by techniką żabiego skoku przesunąć się do przodu o kolejne auto. I znowu, i znowu. Brak wystarczającej ilości dwupasmówek w tym kraju to moim zdaniem największe przekleństwo. To, i jeszcze drzewa rosnące tuż przy drodze – ale z tym to już chyba nic się zrobić nie da, bo ilekroć ktoś rzuca pomysł, by takie drzewa wyciąć w pień, pada odpowiedź, że „przecież to nie rozwiąże wszystkich problemów”. Ok wszystkich może nie, ale parę na pewno…

    • a-c10 pisze:

      Co do “wyścigowców” – mam toczka w toczkę to samo. Do tego stopnia, że kiedyś zrobiłem sobie test. W odstępie kilku dni przejechałem dwukrotnie tę samą, mniej więcej 220-kilometrową trasę. Warunki pogodowe te same, natężenie ruchu bardzo podobne. Za pierwszym razem jechałem po prostu normalnie. Bez jakiegoś nachalnego powolniactwa, ale i bez szaleństw, tak, jak jeżdżę na co dzień. Za drugim spróbowałem szarpnąć. Oczywiście też bez wsadzania łba pod topór i jakiegoś piratowania, ale pojechałem znacznie ostrzej. Ile „nadrobiłem”? Niespełna osiem minut. Na dwustu dwudziestu kilometrach.

Komentuj