Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Lipiec 2014
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Po lidze, przed ligą (czyli piękny sen i kupa na prześcieradle).

Jest taki stareńki, przydługawy dowcip: wychodzi facet z pracy. Jest sobota, godzina czternasta z minutami. Piękna pogoda, wiosenne słonko miło przygrzewa, więc chłopu się nic a nic nie spieszy. Wiadomo, żona w domu jest jaka jest. Idzie więc nasz bohater wolnym krokiem, popatruje na sklepowe witryny i nagle wzrok jego pada na gablotę z bardzo fajnym zegarkiem. „A, co tam” myśli sobie „wejdę i zobaczę”. Wchodzi zatem, po chwili zakłada cacko na rękę, przygląda się przez chwilę i już-już chce zdejmować i wychodzić, gdy wtem sprzedawca informuje go, iż właśnie tego dnia właśnie ten zegarek objęty został niewiarygodną promocją i można go mieć za… Tu pada naprawdę niewysoka kwota, facet bez problemu jest w stanie wyciągnąć ją z portfela, toteż już po chwili opuszcza sklep z nowym zegarkiem na nadgarstku.

Kilka kroków dalej znajduje się salon mody męskiej. Jako że naszemu koledze wciąż daleko do jakiegokolwiek pośpiechu, postanawia wstąpić i tutaj. I znów: okazuje się, że trafił na fantastyczną promocję. Po kilkunastu minutach wraca na ulicę, lecz zamiast roboczych łachów ma na sobie szykowny garnitur, takąż koszulę i lśniące nowością, modne półbuty.

Gdy tak odziany wchodzi do salonu samochodowego (akurat na końcu ulicy), ekspedient nie ma najmniejszych wątpliwości – klient z klasą, więc należy się o niego klasowo zatroszczyć. Prowadzi go więc do najnowszego modelu luksusowego sedana, proponuje jazdę próbną, a gdy po dłuższej chwili nasz kolega parkuje na powrót pod salonem, pyta: „to co, spisujemy umowę, daję panu klucze i jazda, nie?” „Coś pan, z byka spadł?” bezceremonialnie ripostuje nasz bohater „musiałbym ze trzy życia pracować i jeszcze bym się pewnie takiej fury nie dorobił!” „Oj, nie wie pan wszystkiego” niezrażony ciągnie ekspedient „specjalnie dla naszych klientów przygotowaliśmy bardzo atrakcyjne formy kredytowania, zaraz panu przedstawię symulację…”

Ciągu dalszego na pewno się domyślacie: po następnych kilku chwilach facet, który ledwie przed paroma kwadransami opuszczał fabrykę w roboczych łachach i dreptał w stronę pekaesu, sunie swą lśniąco nową limuzyną odziany w nienagannie skrojony garnitur i szykowny zegarek.

Świat jest piękny. Spękany asfalt umyka spod wielocalowych kół, łąki i pola nikną w lusterkach, nawet wiaty przydrożnych przystanków wydają się jakieś takie bardziej przyjazne, a czekająca w domu małżonka ze zrzędliwej hetery zmienia się w gorącą laskę. I w ogóle wszystko byłoby cudnie, gdyby naszego bohatera nie przydusiła fizjologia. W pewnym momencie nacisk na jelita staje się nie do zniesienia. Facet naprędce staje przy poboczu, biegnie na łąkę, robi co musi i… i z przerażeniem spostrzega, że wokół nie ma ani jednego skrawka papieru. Jakieś pieprzone sprzątanie świata było, czy co?! W kieszeniach nowego garnituru, rzecz jasna, także pustki. Umowa kredytowa może i by się nadała, ale do samochodu dobre kilkadziesiąt metrów. W akcie desperacji nasz kolega chwyta wiecheć trawy, ciągnie i…

„Wieeesiekkk!!! Nie dość, że do łóżka nasrałeś, to jeszcze mnie za włosy szarpiesz!!!”

* * *

Przyznam szczerze, że z pierwszych tegorocznych meczów polskich klubów w eliminacjach europejskich pucharów nie widziałem ani sekundy. Znam tylko suche wyniki i kilka medialnych relacji. Samo to jednak wystarczy, bym poczuł się jak ten biedny Wiesiu. Mundialowy sen był piękny. Mamił feerią kolorów, zalewał mózg powodzią endorfin i w ogóle prawie wszystko się w nim udawało. Niestety, teraz nastąpiło brutalne przebudzenie i powrót do szarej rzeczywistości. Co gorsza, dalszy ciąg życia w tejże rozpoczął się od bardzo nieprzyjemnego, wstydliwego zdarzenia.

No cóż, twardym cza być, nie mientkim. Pośniliśmy, pomarzyli i starczy. Czas na czerstwy chleb powszedni dzielony z żoną-heterą o imieniu Ekstraklasa.

Jako że podsumowania poprzedniego sezonu naskrobać mi się nie udało, wypadałoby zacząć od dwóch klubów, które wraz z końcem maja Ekstraklasę opuściły. Jak powszechnie wiadomo, w nadchodzącym sezonie na najwyższym szczeblu rozgrywek zabraknie Zagłębia Lubin i Widzewa Łódź. Jak by na to nie patrzeć, mała strata. Lubinianie od kilku lat wciąż grali ten sam, przeraźliwie nudny numer: koszmarna jesień, a potem ratunkowa wiosna. A że póty dzban wodę nosi… Miedziowe ucho wreszcie się urwało i – wiem, nieładnie z mojej strony – ani łzy nie uroniłem. A Widzew? Widzew tak czy siak powinien się cieszyć, że udało mu się przetrwać poprzedni sezon w jednym kawałku. Owszem, ten kawałek spadł do tzw. I ligi, ale zgódźmy się: w obliczu totalnej anihilacji jest to los zupełnie do wzięcia.

W miejsce zdegradowanej dwójki powitaliśmy GKS Bełchatów i Górnika Łęczna. Przyznam szczerze – i ponownie bez cienia politpoprawności – że z mojej strony raczej nie jest to powitanie z otwartymi ramionami. Wręcz odwrotnie. No bo co to niby za radocha, że jedna sztuczność (Lubin) spadła, ale inna (Bełchatów) awansowała? Do Łęcznej niby zasadniczo nic nie mam, ba, nawet lubię ich trenera, ale żebym się po nich spodziewał ubogacenia Ekstraklasy, no to bądźmy poważni.

Najniżej z „utrzymanych” drużyn uplasowała się w zeszłym sezonie Cracovia. Jej, rzecz jasna, poświęcę jeszcze osobny tekst. Na szybko zaznaczę tylko, że rewolucje rodem z Football Managera bardzo rzadko sprawdzają się w rzeczywistości. Obawiam się więc, iż dla Pasów może być to (kolejny) sezon pełen nerwów i zawodów.

O Koronie i Piaście sądzę tyle, iż będę bardzo zdziwiony, jeśli uda im się poprawić zeszłosezonowe osiągnięcia. OK., niby Scyzoryków objął Ryszard „Kaszpirowski” Tarasiewicz, co powinno gwarantować jakąś tam zwyżkę wyników. Niby końcówka poprzednich rozgrywek w wykonaniu Piastunek daje jakąś nadzieję ich kibicom. Summa summarum jednak wydaje mi się, że ogólny potencjał obu klubów skazuje je w najlepszym wypadku na anonimowość górnej części grupy spadkowej.

Jagiellonia? Coś pewnie podobnie, jak Pasy. Najprawdopodobniej białostoccy kibice będą mogli sobie westchnąć „ach, ileż to trzeba pozmieniać, żeby wszystko zostało po staremu!” Jeśli Pszczółkom uda się skończyć sezon w górnej połówce, uznam to za spore osiągnięcie.

A co będzie osiągnięciem dla Podbeskidzia? No cóż, utrzymanie. Z przeznaczeniem można igrać raz, drugi, ale trzeci to już chyba byłaby przesada, prawda? Ojrzyński Ojrzyńskim, ale kadrowo i organizacyjnie ekipa z Bielska najzwyczajniej w świecie do Ekstraklasy nie pasuje. Nie od dzisiaj zresztą.

Podbeskidzie w dół, w górę natomiast powinien się przemieścić wrocławski Śląsk. Oczywiście, ataków na podium tym razem raczej nie będzie (choć kto wie, w Ekstraklasie wszystko jest możliwe), jednak niespodzianką byłaby ponowna absencja dumy Dolnego Śląska w górnej części tabeli.

Czy zamelduje się tam także Zawisza? Przyznam, że nie mam pojęcia. Zetka to dla mnie największa enigma przed rozpoczęciem rozgrywek. Równie dobrze, w moim odczuciu, może znów zaatakować puchary, jak i np. totalnie się rozlecieć. Niezbadane są wyroki boskie, a tym bardziej osuchowskie.

Dla odmiany szczecińska Pogoń jawi mi się jako klub mocno przewidywalny. Górna połówka raczej tak, coś więcej – raczej nie. Szkielet drużyny Dariusza Wdowczyka uległ w zasadzie tylko jednej zmianie. Owszem, jest to zmiana bardzo widoczna, chodzi przecież o brak króla strzelców poprzednich rozgrywek. Niemniej zdaje mi się, że Portowcy znajdą jakąś receptę na życie po Robaku i koniec końców gdzieś na tym siódmym-ósmym miejscu wylądują.

Czyli pewnie wyżej, niźli Górnik Zabrze i chorzowski Ruch. Drzwi obu śląskich gigantów latem mocno łopotały. Autokary z piłkarzami przyjeżdżały i odjeżdżały, a tymczasem, w mojej opinii, do piętnastego tytułu i jedni, i drudzy mają cokolwiek dalej, niż przed rokiem. Ba, nie zdziwiłbym się wcale, gdyby za dziewięć miesięcy obie ekipy nadal nie były pewne ligowego bytu.

Po drugiej stronie krakowskich błoń wiadomo niewiele. Czy Franciszek Smuda znów zdoła zrobić coś z niczego? A może targana całym szeregiem problemów Wisła też zostanie wciągnięta w wir walki o utrzymanie? Cholera wie, ani o jedno, ani o drugie bym się raczej nie zakładał.

No i wreszcie tercet, który w nadchodzących rozgrywkach w dół spoglądać nie powinien ani przez chwilę. Lech już od kilku sezonów próbuje ugruntować swą pozycję czołowej siły Ekstraklasy. Wiele wskazuje na to, iż w najbliższym sezonie do Wielkopolan dołączy Lechia. Co prawda w Poznaniu postawiono latem na stabilność, z kolei w Gdańsku… kolej, znaczy Dworzec Główny, ale efekty powinny być podobne – miejsce tuż za Mistrzem Polski.

Którym, w mojej opinii, po raz trzeci z rzędu zostanie Legia Warszawa. Pod wszystkimi względami przewaga stołecznego klubu nad resztą stawki urosła do takich rozmiarów, że każde inne rozwiązanie stanowić będzie spore zaskoczenie. Legia jest najsilniejsza i kadrowo, i finansowo, o względach organizacyjnych nie wspominając. Odkładając na bok kibicowskie sympatie, wypada tylko mieć nadzieję, że przykład z Łazienkowskiej poświeci paru innym klubom. Tak, by za parę lat pomundialowe przebudzenie choć trochę straciło na brutalności.

A skoro już przy tym przebudzeniu jesteśmy – Ekstraklasa nie jest najpiękniejszą ligą na świecie. To wiemy. Wiemy też, że ma mnóstwo wad i tylko kilka zalet. Ale pamiętajmy też, wiedzmy, że jest nasza. Swoja, realna i na wyciągnięcie ręki. I – że się tak górnolotnie wyrażę – w dużej mierze od nas samych zależy, czy spożywany w jej towarzystwie chleb powszedni będzie czerstwy i zakalcowaty, czy też może jego smak i wartości odżywcze z kolejki na kolejkę ulegać będą poprawie.

Komentuj