Zazwyczaj okołosportowy nieregularnik.
piątek Styczeń 19th 2018

Netkultura.

Kalendarium

Lipiec 2014
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

MuMi cz. 22 i 23 plus Epilog.

22. Idolatria.

Mecz o III miejsce XX MŚ obalił moją tezę, iż w półfinale znacznie bardziej, niż Neymara, Brazylijczykom brakowało Thiago Silvy. Zresztą, rzecz chyba nawet nie w samym Neymarze, a w głębokiej i – co tu dużo gadać – cholernie niedzisiejszej wierze Kanarków w magię jednostki.

Jasne, opowieść o tym, jaka ta Brazylia jest/była słaba, doskonale się sprzedaje. Jednak zupełnie nie przystaje do realiów. OK., ani Fred, ani Jo nie są napastnikami światowej klasy. Jednak już za nimi można wyliczać całe zastępy naprawdę klasowych piłkarzy grających na co dzień w co najmniej przyzwoitych klubach. Oni się w tych wszystkich Tottenhamach, Interach, Chelseach, PSG’ach i reszcie nie wzięli dlatego, że ładnie tańczą sambę, albo dają radę w capoeirze. Ktoś za nich i im zapłacił – częstokroć całkiem słono – bo umieją grać w piłkę. A skoro tak, zebrani do kupy powinni przynajmniej podjąć rzuconą przez Niemców i Holendrów rękawicę.

Nie podjęli, bowiem wskutek niezrozumiale biernej postawy senhora Velasco Carballo ich idolowi pękł kręgosłup. Mimo wszystko, trochę to smutne.

Oczywiście, stawiając sprawę w ten sposób absolutnie nie zamierzam umować zasług reprezentacji Holandii. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem Oranje – choć niby wylądowali szczebelek niżej, niż przed czterema laty – zasłużyli sobie na najwyższe uznanie. O ich selekcjonerze, który zdarł z siebie (wreszcie!) sztywny gorset taktycznych nawyków, już w tym cyklu pisałem. Ale ciepłe słowa należą się też jak najbardziej jego podopiecznym. Patrząc na poszczególnych piłkarzy drużyna z MŚ’14 na pewno nie jest najsilniejszą Holandią w historii. Wziąwszy jednak pod uwagę to swoiste „przewyższenie”, dystans, o jaki całość zespołu wykracza poza sumę jego części, już można by się spierać. Aż szkoda, że druga selekcjonerska kadencja van Gaala dobiegła już końca.

23. Teamgeist.

No i stało się. Pierwszy europejski Mistrz Świata na południowoamerykańskiej ziemi. W dodatku Mistrz, do którego naprawdę trudno się przyczepić. Die Mannschaft to nie jest tylko puste słowo. Niemcy zdecydowanie najlepiej spośród wszystkich uczestników XX Mundialu uwypuklali swe zalety i maskowali słabości. A że tych pierwszych mają znacznie więcej, niż drugich…

Warto jednak zauważyć, że naszym zachodnim sąsiadom – a właściwie ich selekcjonerowi – udała się jeszcze jedna, niezwykle rzadka rzecz. Nikt mi nie wmówi, że obecni reprezentanci Niemiec to bez wyjątku potulne baranki, od rana do nocy rozmyślające jedynie o tym, jak by tu jeszcze bardziej przysłużyć się dla Sprawy. Owszem, może brakuje pośród nich charakterków pokroju Basslera, Effenberga, Kahna, czy Matthaeusa (żeby głębiej nie sięgać), a… a może właśnie nie brakuje – spójrzcie tylko na takiego Kroosa! – ale Joachim Loew po mistrzowsku (sic) potrafił dać sobie z nimi radę? Fakt faktem, w Die Nationalelf znajduje się co najmniej kilku piłkarzy naprawdę pokaźnego kalibru, którzy mają wszelkie prawo do baaardzo wysokiego mniemania o samych sobie i swych umiejętnościach. A jednak żaden z nich nie rości sobie – przynajmniej nie otwarcie – pretensji do bycia tym pierwszym wśród równych. Każdy grzecznie wykonuje swoją robotę, a nawet – patrz Mario Goetze – pokornie siada na ławie, by potem w odpowiednim momencie z niej zeskoczyć i zdobyć zwycięską bramkę w finale MŚ.

Czy po Czasie Hiszpanów nadszedł w międzynarodowym futbolu Czas Niemców? Patrząc na wiek większości świeżo upieczonych Mistrzów Świata, na ich zgranie i ogólną, zespołową prezencję – ryzykownie byłoby przeczyć.

A co z Argentyną? Cóż, jako zdeklarowany sympatyk tej reprezentacji… płakać nie zamierzam. Wręcz odwrotnie, uważam iż srebro i tak stanowi doskonały wynik, osiągnięty – co tu ściemniać – nieco ponad stan. Gromkie brawa należą się Biało-Błękitnym za to, że poszli za obowiązującym trendem. Że jako zespół parli do przodu i wbrew niedoskonałościom (Romero, Rojo, etc.) pokonywali kolejne żywe przeszkody. Że wraz ze zwycięskimi Niemcami stworzyli zdecydowanie najlepsze finałowe widowisko, jakie miałem przyjemność świadomie oglądać. Chłopaki, jesteście Wielcy.

I tylko gdzieś tam, w ciemnej głębinie siedzi mi mała zadra. No bo przecież było blisko. No bo futbol po raz kolejny mógł zadrwić ze wszystkich mundrych teorii i jednym, genialnym machnięciem buta obrócić je w kiepski żart. Ale machnięcie buta nie nadeszło. Znaczy owszem, nastąpiło. Piłka po nim poszybowała kilka metrów ponad bramką Manuela Neuera.

Epilog.

Co pozostanie po tym Mundialu? Oj, sporo. Wspomnienia kapitalnej fazy grupowej, dramatycznej drugiej rundy, nudnawych ćwierćfinałów, rewelacyjnych (choć z różnych względów) półfinałów i pięknego finału. Parę cudnych bramek, zapierających dech w piersiach akcji i interwencji bramkarzy. Niestety, zostaną też (skąd my to znamy?) stadiony, z którymi nie bardzo wiadomo co począć (patrz Manaus) i związane z nimi wydatki. To niby głównie problem Brazylijczyków, ale i tak im współczuję. Pozostanie także paskudne wrażenie, że Mundial, śladem rozgrywek klubowych, coraz bardziej odrywa się ekonomicznie od przeciętnego kibica i staje się cyrkiem dla bogatych.

Przede wszystkim jednak chciałbym, aby pozostał ten Teamgeist. Widoczny nie tylko u kompletu medalistów, lecz także wśród takich drużyn, jak Kostaryka, Algieria, USA, Meksyk, czy parę innych zespołów, które swymi występami w Brazylii narobiły sobie mnóstwo nowych sympatyków. Marzy mi się, by za cztery lata grający zespołowo Biało-Czerwoni, bez oglądania się na gogusiów od Jumpa i Druteksu, dorośli co najmniej do miana pretendenta w 1/8mej. Echhh…

Komentarze czytelników

2 komentarzy do “MuMi cz. 22 i 23 plus Epilog.”

  1. ~fidelrulez pisze:

    No było blisko… Wiadomo, Niemcy całokształtem zasłużyli sobie na złoto, ale mi w głowie kołacze się taka banalna myśl, że kurcze – niewiele brakowało, a mogłoby się to skończyć zupełnie inaczej. Wystarczyłaby chłodna głowa Higuaina w I połowie lub większa precyzja Messiego w II i cały ten Teamgeist nie byłby wart funta kłaków. Ok, to tylko gdybanie, ale chodzi mi o to, że w niedzielnym finale tegorocznych zwycięzców od przegranych oddzielała naprawdę minimalna granica i równie dobrze puchar mogła wznieść Argentyna. Zastanawiam się, jakie wtedy byłyby nagłówki – czy medialny przekaz nie byłby przypadkiem taki, że niemiecką myśl szkoleniową można jednak o kant d… otłuc, a Messi to nowe wcielenie boga na Ziemi? Podejrzewam, że z grubsza tak by to wyglądało. A wszystko przez jedno kopnięcie :)

    • a-c10 pisze:

      Nagłówki nagłówkami, jednak moim zdaniem bez swojej wersji teamgeistu Argentyńczycy w najlepszym wypadku zakończyliby na przepchnięciu Szwajcarów, a najprawdopodobniej zaprezentowaliby się w stylu bliźniaczym do Brazylii. Było blisko. Było o mały włos. Ale przecież nie dzięki jakiejś zjawiskowej formie Messiego, Di Marii, czy jakiegoś innego tuza, a właśnie przez to, że Biało-Błękitni potrafili – o dziwo! – stworzyć Zespół.

      A tak już zupełnie na marginesie to ja jestem święcie pewien, że w sytuacji z Goetzem Krzychu Pilarz zrobiłby „pająka” i odbił piłkę kolanem;)

Komentuj